87 lat temu urodził się Stanisław Szczepaniec, szachista wyróżniający się na Pomorzu od lat 50.
87 lat temu urodził się Stanisław Szczepaniec, szachista wyróżniający się na Pomorzu od lat 50.
Jeśli nie istnieje państwo polskie (o czym zapewnił nas minister aktualnie panującego nam rządu) możemy częściej zająć się innymi tematami, bo czy warto zbyt wiele pisać o kraju, który nie potrafił stworzyć własnego państwa i pozostaje jedynie pojęciem geograficzno-kulturalnym. Z tą kulturą też coraz gorzej, poczynając od języka nie tylko polityków i „dyplomatów”, albowiem i język potoczny Lechitów upada na bruk jak mówią mi odwiedzający Kraj znajomi. A także proza Masłowskiej i innych autorów. Ukochany kraj, umiłowany kraj chamieje na potęgę. Znacznie lepiej było za I Rzeczypospolitej, gdy jeszcze znano prawdziwą łacinę… Dziś jednak zerkniemy za Pireneje, gdzie właśnie po abdykacji Juana Carlosa na tron wstąpił jego syn przyjmując imię Filipa VI, królewicz postawny i przystojny, ożeniony z atrakcyjną rozwódką (tak, czasy się zmieniły od epoki pani Simpson i króla Edwarda) i – po ceremonii 19 czerwca – przejął berło Burbonów w Hiszpanii. Z tej okazji warto przypomnieć panowanie jego poprzednika Filipa V, wnuka Ludwika XIV, który – po pięciu monarchach z dynastii Habsburgów – był pierwszym Burbonem na hiszpańskim tronie. I po zgonie Karola II (w 1700), zgodnie z jego testamentem, ale i z wielkim ukontentowaniem Ludwika XIV, przejął berło rozległego imperium Hiszpanii, w którym nie zachodziło słońce. A Król Słońce, żegnając wnuka w Wersalu, zwanego wtedy księciem d’Anjou, przekazał mu szczególną misję w tym zwięzłym przesłaniu: „ Bądź dobrym Hiszpanem. To pierwszy twój obowiązek. Ale pamiętaj, że urodziłeś się Francuzem i podtrzymuj więź między oboma krajami”. Książę d’Anjou jako Filip V nie zapomni polecenia swego dziadka, jednakże w wielu wypadkach okazał się bardziej francuski niż hiszpański.
Ale dlaczego Pireneje? W roku 1659 tzw. Pokój Pirenejski kończył wojnę między Francją a Hiszpanią, niefortunną dla Madrytu zwłaszcza w bitwach pod Rocroi (1643) czy Dunes (1658). Francja odbierała Roussillon, Artois, część Flandrii, Hainaut i Luksemburga, natomiast Lotaryngię brali Hiszpanie pod warunkiem zburzenia murów obronnych miast. Po odmowie tego warunku Lotaryngię zajęła armia francuska. Ludwik XIV triumfował, w r.1660 poślubił też infantkę Marię Teresę, córkę Filipa IV, a już wtedy planował osadzić na tronie hiszpańskim Bourbona. Po tym traktacie i ślubie ambasador Hiszpanii wypowiedział słowa, które pilnie odnotowano: „ Jaka radość! Nie ma już Pirenejów, jesteśmy jednością!”. Był to dyplomatyczny żart, albowiem dynastia habsburska miała przed sobą jeszcze 40 lat rządów, co prawda mało chwalebnych, gdy hiszpańskie imperium chyliło się do upadku. W r.1640 Madryt traci kontrolę nad Portugalią (zależną tylko 80 lat), secesji próbuje Katalonia, a w r.1652 wybuchają zamieszki w Andaluzji. Po tych wstrząsach tron w r.1665 obejmuje ostatni przedstawiciel Domu Austrii Karol II, epileptyk i znany z ekstrawagancji, które każą podejrzewać, że jest opętany przez demona. Oto np. rozkazuje otworzyć trumny swej rodziny w Eskurialu, a szczególną emocję przeżywa na widok szczątków swej pierwszej żony Marii-Luizy d’Orléans i pragnie ją ucałować! Powstrzymano go siłą. Nic dziwnego, że panował pod przydomkiem „Hechizado” (Zaczarowany), a zmarł bezpotomnie oddając tron Bourbonom w r.1700.
I wtedy okazało się, że tamten żart sprzed lat 60-ciu („Nie ma już Pirenejów…”) bardzo nie podoba się wielu europejskim potencjom, a zwłaszcza Anglii, Holandii i oczywiście cesarzowi Austrii, który wolałby widzieć na hiszpańskim tronie swego syna arcyksięcia Karola. Pierwsze starcia między Austriakami a Francuzami (protektorami Filipa V) miały miejsce na terenie Włoch, ale prawdziwą wojnę europejską w sprawie sukcesji w Hiszpanii rozpoczął desant angielski w Niderlandach w r.1702. W rok później do antyfrancuskiej koalicji dołączyły Sabaudia i Portugalia. W sierpniu 1704 r. Francuzi ponieśli porażkę, co pozwoliło Austriakom zająć całą Bawarię. Ludwik XIV przekonał się, że siły aliantów (doszli Duńczycy) lekceważyć nie można i że niełatwo przyjdzie mu bronić praw swego wnuka do tronu Hiszpanii. A wizja unii Francji z Hiszpanią niepokoiła inne państwa w Europie, szczególnie Anglię. W lipcu r.1704 Anglicy (z pomocą Holendrów) zdobyli Gibraltar, strategiczny przylądek dla ich floty, i siedzą tam do dzisiaj. Po zajęciu Gibraltaru ich okręty swobodnie manewrowały na Morzu Śródziemnym, nękając Baleary. Po wielu bitwach – raz pomyślnych dla Francji, a raz dla aliantów – dalsza wojnę skomplikowała interwencja wojsk angielskich z terenu Portugalii, a także sił pretendenta arcyksięcia Karola działającego w Aragonii, która – podobnie jak Katalonia – zamierzała oderwać się od królestwa Hiszpanii. Filip V musiał nawet opuścić Madryt, gdzie zaistalował się arcyksiążę austriacki, lecz nie na długo. Lud madrycki i cała Kastylia stanęła po stronie wnuka Króla Słońce. Arcyksiążę wycofał się do Walencji, mimo że Francuzi przegrali kampanię włoską i ponieśli porażki w Niderlandach. W r.1707 wojsko hiszpańsko-francuskie pokonało aliantów w Hiszpanii, a Francuzi odnieśli sukcesy w ofensywie na linii Renu. W r.1708 nie doszło do rozstrzygnięcia – Hiszpanie zwyciężali na lądzie, ale na morzu dominowali Anglicy zajmując Oran, Sardynie i Minorkę. Także we Flandrii odparli początkowo zwycięską ofensywę Francuzów, a następnie zajęli Lille, grożąc marszem na Paryż. Długo trwały sondaże ofert pokoju, Ludwik XIV nie mógł jednak wycofać poparcia dla swego wnuka i wojnę wznowiono. Niepowodzenia francuskie na północy wymagały odsieczy, z pomocą ruszyły wojska wysłane przedtem do Hiszpanii. Alianci wykorzystali to natychmiast, atakując z Katalonii i docierając do Madrytu, gdzie ponownie władzę przejął arcyksiążę Karol. I tym razem wysiłek militarny Kastylii przeważył szalę, w dwóch bitwach pokonano aliantów, a zarazem odzyskano Aragonię i Katalonię dla hiszpańskiej korony. Filip V powrócił do Madrytu, a negocjacje pokojowe trwały prawie dwa lata. W Londynie władzę przejęli torysi, zwolennicy pokoju, a po zgonie cesarza Austrii Józefa I arcyksiążę Karol zadowolił się tronem we Wiedniu. A kiedy Filip V oficjalnie zrezygnował z pretensji do tronu francuskiego w razie zgonu Króla Słońce, podpisano pokój w Utrechcie (1713). Wojna o sukcesję hiszpańską przybrała atoli wymiar europejski, na podobną skalę jak konflikt w XVI/XVII wieku między Hiszpanią a Niderlandami, uważany czasem za pierwszą wojną światową (nie tylko europejską).
Filip V pozostał na tronie, ale przez trzynaście lat musiał o to walczyć. Bilans tej wojny był dla Madrytu raczej marny. Hiszpania zachowała wprawdzie swe kolonie w Ameryce, lecz traciła Gibraltar, Minorkę i posiadłości we Włoszech (za wyjątkiem księstw Parmy i Toskanii), traciła też monopol na handel niewolnikami, odtąd przejęty przez Anglików, którzy dostali też przywileje handlowe w Amerycie Łacińskiej.
Filip V wprowadził za to swobodniejsze zwyczaje na dworze hiszpańskim, poddane przedtem surowej etykiecie. Uprościł administrację, ale nie miał szczęścia do doradców. Bajeczną karierę na jego dworze zrobił niejaki Alberoni, ogrodnik, który zauroczył księcia de Vendôme finezją swych sosów do makaronu. Vendôme wysłał Alberoniego do Madrytu, gdzie Filip V nadał mu godność kardynała i pierwszego ministra, jednak po politycznych impasach Hiszpanii Alberoniego zdymisjonowano. Nie trzeba było nawet „afery podsłuchowej”, która u króla Ubu nie jest obciachem, a nawet przydaje się do tropienia grupy przestępczej! No cóż, Filip V nie dysponował ani ABW, ani służbami z długim stażem. Był też słabego charakteru, ulegał bardzo wpływom swej drugiej żony Izabeli de Farnesio i jej interesom w Italii. Dzięki temu hiszpańska flota odzyskała silną rangę na Morzu Śródziemnym, chociaż na oceanach dominowali Anglicy. W r.1724 Filip V abdykował na rzecz swego syna Ludwika i osiadł z Izabelą w górach Guadarramy, gdzie zbudował pałac przypominjący mu Wersal. Filip w istocie nie znosił Madrytu i Eskurialu. Wakacje te potrwały tylko siedem miesięcy! Ludwik zmarł nagle – po wielu skandalach – na ospę i Filip V ponownie ujął berło, by panować aż do roku 1759. Zmarł w stulecie pokoju pirenejskiego, co pewnie jest czystym przypadkiem. Tron objął Ferdynand VI, syn Filipa i pierwszej żony Marii Luizy de Sabaudia. Tym razem Europa nie protestuje, zresztą nie musi, bo Ferdynand daje się manipulować zarówno Anglikom, jak i Francuzom i wszyscy są szczęśliwi.
Marek Baterowicz
W dniach afery podsłuchowej, podczas której z ust ministra Bartłomieja Sienkiewicza padło wyznanie – „państwo polskie istnieje tylko teoretycznie” – przyleciała do nas delegacja parlamentarna z Marszałkiem Senatu RP, Bogdanem Borusewiczem. A jeśli polskie państwo naprawdę nie istnieje (w końcu minister spraw wewnętrznych wie najlepiej!) , to delegacja przyfrunęła chyba z niebytu? Nie trzeba też nikomu tłumaczyć, że delegacja na tym szczeblu nie jest tej rangi, co wizyta głowy państwa lub premiera rządu, a zatem samą laską marszałkowską nie wyczaruje w Canberze spraw ważnych dla Polski. Tym bardziej, że pikantne wyznanie ministra Sienkiewcza już krąży w mediach globu, by nie powiedzieć globalnych, i z pewnością nie uszło uwadze rządu Abbotta. Jakże więc Australia – czy inne państwo świata – miałoby podejmować rozmowy z państwem, które istnieje tylko teoretycznie? A jeśli istnieje tylko na papierze, formalnie a nie realnie, to czy innym państwom opłaci sie utrzymywać stosunki z taką republiką, wycinanką z papieru!? Bo nie jest nawet „papierowym tygrysem”. IIIRP istnieje tylko na szyldach ambasad i konsulatów – może jeszcze na pieczęciach – ale naprawdę jest jakąś umowną (jeszcze tolerowaną) republiką w Unii Europejskiej albo republiką post-smoleńską, zależną od Moskwy i to nie tylko w dziedzinie energetycznej.
O, kraju Lechitów! O, Rzeczypospolito, która byłaś tak blisko, by dać złotą wolność trzem narodom – niestety, źle przeprowadzona unia w Brześciu Litewskim (1596) nie pozyskała w końcu Ukrainy. I choć jeszcze czwarty naród cieszył się przywilejami nieznanymi wtedy w innych krajach Europy, a także mniejszości etniczne, owa Rzeczypospolita zaczęła chylić się do upadku. Powody tej dekadencji znamy, natomiast nie jest powszechną wiedza o obecnej chorobie IIIRP, chorobie, która doprowadziła państwo polskie do niebytu, zdaniem ministra Sienkiewicza. Wiedzę o tej chorobie już chronicznej posiadają tuziny publicystów i blogerów, historyków i ekonomistów, wreszcie fachowców z innych kręgów, natomiast negują ją i ukrywają potomkowie czerwonych dynastii, resortowe dzieci, celebryci i „autorytety” Salonu, zwolennicy układu okrągłostołowego i dawnych służb czy spece od mokrej roboty.
Czy Polskę w r. 1989 strącono do niebytu? Pytanie bez sensu: nigdy bowiem tej Polski z niebytu powojennego nie wytrącono, z niebytu peerelowskiego i z rygorów republiki sowieckiego kroju. W r.1989 – w Magdalence – zadbano, aby utrzymać Polaków w ubezwłasnowolnieniu, które reżim stalinowski osiągnął po latach krwawych represji, dławiąc ruch oporu przeciwko sowieckiemu okupantowi. Okrągły stół był przecież triumfem reżimu, a nie demokratycznej opozycji. Ta haniebna umowa – zawarta ponad narodem i bez jego woli – miała na celu zatwierdzić nieformalne ustalenia z Magdalenki, aby przypadkiem sytuacja nie wymknęła się spod kontroli PZPR-u, jego przybudówek i służb. Temu właśnie służyła gruba kreska, odrzucenie postulatów lustracji i dekomunizacji, co jednocześnie dawało parasol ochronny prosowieckiej agenturze skupionej w PZPR, SB czy w WSI. Tym prostym fortelem oszukano polskie społeczeństwo, wmawiając ludziom, że dostają wreszcie demokrację, a nawet niepodległość (!), gdy tymczasem pozornie ustępujący reżim utrzymał wszelkie warunki kontroli nad narodem, aby nie wypuścić go z potrzasku, zainstalowanego w latach stalinizmu. Jakby według zaleceń carycy Katarzyny – „aby Polska nie wyszła z nicości” – albo według recepty leninowskiej : jeden krok wstecz, a potem dwa kroki do przodu! A realizacji tych zamierzeń służą czerwone dynastie (czyli resortowe dzieci) tworzące materię post-komunistycznego układu. Okres „jednego kroku wstecz” to były zaledwie trzy lata ( 1989-1992), państwo polskie mogło się narodzić po lustracji projektowanej przez rząd Olszewskiego i Macierewicza, niestety nocna zmiana – dzieło starych marksistów, zdrajców i oportunistów z Wałęsą na czele – przekreśliła te nadzieje. Peerelowska nomenklatura ocalona cudem głosowania (bo KPN nie musiał się obrażać o jedną teczkę!) zdobyła pozycję do kontrofensywy. A potem ruszyła powracająca fala tejże nomenklatury, nie tylko na najwyższych urzędach, ale też w wymiarze „sprawiedliwości”, bo post-komuniści wiedzieli jakie instytucje należy obstawiać, aby manipulować Polską. Rozpoczęto więc przywracać na stanowiska negatywnie zweryfikowanych prokuratorów, zwłaszcza w r.1994, za kadencji ministra Jaskierni (byłego aparatczyka PZPR, zarazem prokuratora generalnego!) przywrócono aż kilkudziesięciu. I to procentuje dzisiaj, gdy spojrzeć na mataczenie śledztwa smoleńskiego czy na aktualne wyczyny prokuratury w redakcji tygodnika „Wprost”, będące jawnym pogwałceniem wolności prasy. Te metody wręcz totalitarne skłoniły wielu publicystów i blogerów do opinii, że rząd Tuska jest zagrożeniem dla demokracji, jasne – ale przecież nie jest to pierwsza afera, która podsuwa taki wniosek! Zasady demokracji łamie się w IIIRP od samego początku. Z kolei Grzegorz Braun sądzi, że po aferze podsłuchowej państwo polskie abdykowało, ładnie to brzmi, lecz jaki to nonsens: embrion polskiego państwa usunięto 4 czerwca 1992 r., a zatem państwo polskie jeszcze nie istnieje! To co istnieje jest natomiast lakierowaną fasadą dla naiwnych, ozdobioną czekoladowym orłem a zaśmieconą pomnikami dla „wyzwolicieli”. W gruncie rzeczy jest to państwo post-stalinowskie, bo oparte na dzieciach resortowych i honorujące katów żołnierzy wyklętych, a prześladujące tych, co protestują przeciwko wykładom profesora-majora KBW.
Z takiego to kraju, państwa utrzymywanego tylko dla kasty nietykalnych a nie dla obywateli, przyleciała do nas delegacja „parlamentu”, także pozostającego pod kontrolą układu, czego symbolem jest choćby laska marszałkowska Sejmu dla Ewy Kopacz, notorycznej kłamczyni w kwestii smoleńskiej „katastrofy”. Nie lepiej jest w Senacie, gdzie Marszałkiem jest były dysydent i współzałożyciel pierwszych Wolnych Związków Zawodowych na Wybrzeżu (w r.1978). Za te zasługi Lech Kaczyński wsparł Borusewicza w politycznej karierze, tenże jednak szybko zaatakował PiS, a w roku 2008 – już jako Marszałek Senatu – „wszedł w buty PZPR i szantażował Instytut Pamięci Narodowej zmniejszeniem budżetu i wymuszeniem zwolnień grupowych” (patrz: Krzysztof Wyszkowski, „Głową w mur”, str.94). A zatem jaka metamorfoza: z dysydenta pan Borusewicz przeobraził się w jeden z filarów post-komunistycznego układu! I jest nim do dzisiaj, a Leszek Zborowski tak to komentował: „Nie dziwi fakt, że inicjatorem tej haniebnej krucjaty (przeciwko IPN) stał się nasz dawny opozycyjny kolega Bogdan Borusewicz. Od lat wykrzywianie prawdy jest jego ulubionym zajęciem (…), Marszałek Borusewicz jest dzisiaj w grupie politycznych karierowiczów, którzy forsują ideę kasty nietykalnych i niepodlegających krytyce „lepszych Polaków”. ( idem, str.95).
Takie to „elity” ma owa IIIRP, proklamowana w r.1989 wyłącznie dla ratowania peerelowskich kadr i stosownych służb, a nie dla wprowadzenia demokracji i odzyskania niepodległości. A czy po aferze podsłuchowej polecą jakieś głowy? W końcu Sienkiewicz z Belką radzili – używając rynsztokowych wyrażeń – nad operacjami finansowymi niezgodnymi z Konstytucją, a nawet z prawem unijnym, a że nagrano aż 900 godzin rozmów wiele jeszcze wypłynie, o ile bohaterska akcja ABW nie zapobiegnie nowym skandalom! Tusk się waha? A może dopiero studiuje Konstytucję? Okaże się za kilka dni, jedno dziś jest pewne: nawet gdy polecą jakieś głowy, to na inne miejsce układu, bo są to cenne śrubki maszynerii podtrzymującej fasadę państwa „teoretycznego”! Nazwanego też pogardliwie „kamieni kupą”. A dymisja rządu i przedwczesne wybory nie pasują chyba układowi, w zacieraniu afer mają bogate doświadczenie.
Marek Baterowicz
23 lata temu urodził się Arkadiusz Leniart, obecnie szachista wyróżniający się w Polsce.
50 lat temu urodził się Witalis Sapis, szachista wyróżniający się w Polsce w latach 80-90.
177 lat temu urodził się Jan Kleczyński, szachista wyróżniający się w Polsce w drugiej połowie XIX wieku, pianista.