lip
30

PZSzach nie szuka młodych talentów szachowych!

W numerze 4(44)2014 czasopisma związkowego MAT, na stronie 20 znajdziemy artykuł mm Michała Lucha pt. „Edukacja przez Szachy w Szkole: wielki finał w Wesołej”. Autor przedstawia w nim skrótową relację z przebiegu i wyników I Turnieju Finałowego Ogólnopolskiego Projektu PZSzach „Edukacja poprzez szachy w szkole”. O ile sam projekt jest ciekawą inicjatywą, to zdumienie budzi deklaracja, iż „najważniejszym celem projektu […] nie jest wykreowanie przyszłej drużyny narodowej [sic!], czy też szukanie talentów na miarę Jana-Krzysztofa Dudy [sic!], ale zwiększenie umiejętności matematycznych polskich uczniów”.

Wydaje mi się że akcje podejmowane przez PZSzach powinny mieć na celu oprócz rozwijania zdolności matematycznych uczniów (czy związek szachowy jest powołany akurat do tego?) także to od czego się w niniejszym artykule odżegnuje, czyli właśnie wszelkimi sposobami szukanie młodych talentów, które w przyszłości mogłyby zasilić szeregi naszej kadry narodowej. Tymczasem mamy jasną deklarację podaną w czasopiśmie związkowym, że nawet przy okazji upowszechnienia szachów w szkołach, PZSzach nie jest zainteresowany pozyskiwaniem młodych talentów na miarę Jana-Krzysztofa Dudy, ani szukaniem „narybku” do kadry narodowej. To czym jest zainteresowany PZSzach? Utrzymywaniem biura i tworzeniem sztucznych tworów typu Rady Przyjaciół Szachów? A co z rekrutacją młodych talentów szachowych? Chyba właśnie do tego związek jest powołany. Pierwszy raz spotykam się z przypadkiem, gdy jakiś związek sportowy w swoim oficjalnym biuletynie składa deklarację o nie szukaniu młodych talentów (we własnej dziedzinie!) przy okazji akcji przez siebie organizowanych!

Teraz jest jasne, dlaczego poza JK Dudą nie mamy młodych następców kadry narodowej. Dlatego że PZSzach ich nie szuka! A przecież nie ma lepszego sposobu na poszukiwanie ich, jak zrobienie tego podczas akcji „Edukacja poprzez szachy w szkole”.

Krzysztof Kledzik

lip
30

LXGILTFO1933

81 lat temu drużyna USA z liderem Kashdanem zdobyła złoty medal na olimpiadzie w Folkestone.

Ciekawa partia (Tartakower)

 

lip
29

Mam dużą przyjemność poinformować wszystkich Internautów o wielkim wydarzeniu edytorskim w polskich szachach. Dzięki wydawcy Penelopy Jerzego Morasia światło dzienne ujrzała interesująca biografia Liliany Najdorf o swoim ojcu – znakomitym arcymistrzu Mieczysławie (Miguelu) Najdorfie.

Książka rozpoczyna się wstępem Tadeusza Wolszy „Lider, czyli rzecz o Najdorfie”, w którym autor w ogólnych zarysach przedstawia sylwetkę arcymistrza. Następnie autorka w przedmowie wyjaśnia czytelnikowi cel swej pracy.

W 14 rozdziałach Liliana opisuje niezwykle bujne i zarazem tragicznie życie ojca. Przypomnę krótko, że olimpiada szachowa w Buenos Aires 1939 uratowała Najdorfowi życie. Tymczasem cała jego rodzina w Polsce wraz z żoną i trzyletnią córką została zamordowana przez nazistów.

Ojciec często wspominał córce o swoich przeżyciach i dzięki temu mogła powstać ta książka. Z dużymi emocjami przeczytałem te wspomnienia. Przybliżyła ona mi radykalnie wiedzę o wielkim szachiście. Do tej pory znałem sylwetkę Najdorfa tylko z przekazów prasowych, które bardzo ogólnie informowały o jego karierze. Natomiast książka Liliany przedstawia prawdziwego Najdorfa, jakim był w rzeczywistości, z jego wadami i zaletami.

W części „Posłowie” głos zabrały osoby, które spotykały się z Najdorfem w życiu zawodowym i szachowym: arcymistrz Oskar Panno, dziennikarz i szachista Luis Scalise, pracownicy biura Najdorfa Ernesto Gagliano i Adela Vallejos, prezes Argentyńskiego Klubu Szachowego Armando Hiebra oraz arcymistrz Miguel Angel Quinteros. Jest to bardzo ciekawy rozdział przedstawiający Miguela Najdorfa w spojrzeniu osób nie związanych z jego rodziną.

Jest „Chronologia” ilustrująca wyniki szachowe arcymistrza. Oczywiście nie zabrakło wątku czysto szachowego: nieśmiertelna partia polska (z Ignacym Glücksbergiem) oraz wybrane pojedynki z Capablancą, Botwinnikiem i Tajmanowem. W części „Kombinuj jak Najdorf” czytelnik może spróbować rozwiązać 7 efektownych kombinacji znakomitego wirtuoza szachów.

Książka zawiera wiele fotografii z prywatnych zbiorów rodziny Najdorfów.

Mam nadzieję, że ten krótki opis zmobilizuje czytelników mojego bloga do zakupu książki. Naprawdę wszystkich do tego gorąco zachęcam. Nikt tego kroku nie będzie żałować!

Sam miałem szczęście osobiście spotkać wielkiego Najdorfa. Stało się to w czasie szachowej olimpiady na Malcie 1980. W X rundzie nasza drużyna kobieca grała z konkurentem Rumunią. Obserwowałem z boku pojedynki naszych zawodniczek. Nagle patrzę i oczom nie wierzę. Do naszego sektora zbliżył sie sławny Najdorf i stanął przy partii Ereńskiej-Radzewskiej z Polihroniade. W pewnym momencie stanął zbyt blisko stolika, co spotkało się protestem Rumunki. Najdorf posłusznie odszedł na bok. Podszedłem do niego i przedstawiłem się. Arcymistrz uścisnął mi dłoń i życzył sukcesów. Niestety ten mecz akurat przegraliśmy wysoko 2.5-0.5, ale w końcowym rozrachunku wyprzedziliśmy Rumunię i zdobliśmy brązowy medal!

Najdorf1

Najdorf2

Najdorf o Najdorfie
Liliana Najdorf
Penelopa Warszawa 2014
160 stron
ISSBN 978-83-62908-80-6

 

 

lip
29

Za kilka dni rozpoczyna się kolejna olimpiada szachowa z udziałem dwóch polskich drużyn:

Mężczyźni (bez kolejności szachownic)

Wojtaszek Radosław
Bartel Mateusz
Gajewski Grzegorz
Bartosz Soćko
Duda Jan-Krzysztof

Kobiety (bez kolejności szachownic)

Soćko Monika
Karina Szczepkowska-Horowska
Jolanta Zawadzka
Klaudia Kulon
Marta Bartel

Kapitanami zespołów będą Bartosz Soćko (mężczyźni) i Marek Matlak (kobiety), a chodzą słuchy, że ekipom będą prawdopodobnie towarzyszyć jeszcze Kamil Mitoń i Bartłomiej Macieja.

W Tromso zobaczymy również  w akcji:

1. Sędzią meczowym będzie prezes Polskiego Związku Szachowego Tomasz Delega. W tym roku sędziowie meczowi mieszkają aż 70 km od Tromso (zgodnie z komunikatem ponad godzinę drogi)  i będą codziennie dojeżdżali autokarami, co jest wydarzeniem bez precedensu w olimpiadach.

Arbiters Tromso Chess Olympiad

2. Delegatem do FIDE, czyli głosującym w tegorocznych wyborach do władz FIDE jest były prezes PZSzach Tomasz Sielicki.

3. Andrzej Filipowicz będzie przewodniczyć Komisji Technicznej FIDE oraz jako prezydent strefy Wschodnio-Europejskiej FIDE  będzie uczestniczyć w posiedzeniach Rady Wykonawczej FIDE z prawem głosu.

 

 

 

 

 

lip
28

       SYBERIADA POLSKA

       Dzięki festiwalowi polskiego kina na antypodach dotarł do nas film Janusza Zaorskiego “Syberiada polska” ( premiera w r.2013 ) i będący śmiałą, ale niestety nieprzemyślaną próbą oddania tragedii zsyłek na Syberię. Wolałbym przyjąć taką wersję, chociaż nie jestem pewien czy właśnie tak było, bowiem nie można wykluczyć, że pominięcie autentycznych wspomnień Sybiraków w realizacji tego obrazu mogło jednak wypływać z premedytacji. A może nawet z pewnych nacisków polityczno-finansowych, które skłoniły reżysera do przyjęcia scenariusza według powieści Zbigniewa Domino, byłego pułkownika LWP, oficera śledczego a wreszcie prokuratora Naczelnej Prokuratury Wojskowej w latach stalinizmu. Cóż z tego, że autora tej książki też deportowano z rodziną na Daleki Wschód ? Jego kariera w PRL-u i udział w zniewalaniu rodaków ( a w tym wyroki śmierci) pozwala podejrzewać, że celowo nie przedstawił on obiektywnie gehenny zsyłek, a nawet przemilczał pewne sprawy, rzucające cień na okrutną naturę naszego powojennego „sprzymierzeńca”. Ukrywano i prawdę o Katyniu. A to „przymierze” stanowiło fundament peerelowskich dogmatów, podważanie ich jeszcze w czasach III RP nie było dobrze widziane przez tzw. „autorytety” i decydentów post-komunistycznego układu.

     W przypadku filmu można mówić więc o ostentacyjnym pomijaniu wielu aspektów deportacji, a także o upiększaniu relacji z życia w łagrach, o ile w ogóle można to nazwać życiem. Dlatego na blogach ktoś słusznie nazwał film Zaorskiego …”cepeliadą”, a można dodać, że nakręcił on „ prawie liryczny landszaft z momentami grozy”. Owszem, scena łomotania do drzwi w środku nocy i brutalna wywózka na stację kolejową są pełne realizmu, ale film pomija podróż, która była piekłem dla zesłańców stłoczonych w wagonach dla bydła. Transport w tych warunkach ( i zimą!) okazał się zabójczy dla wielu, nie tylko małych dzieci. Ich ciała Rosjanie porzucali wokół torów, albo palono je w piecu lokomotywy. Te krematoria na kółkach Zaorski ominął okiem swej kamery, natomiast przenosi nas ona od razu na miejsce łagru, gdzie jest dość malowniczo a obóz ma nawet dobrego człeka-lekarza i ofiarną pielęgniarkę. Komendant za to jest wcieleniem antypolskiej wrogości, choć nabytej ( jego ojciec zginął w wojnie 1920 r.). Konstrukcja zręczna, aby przypadkiem cudzoziemcy nie brali Rosjan za atawistycznych wrogów Polski, a nawet by wspólczuli Rosjaninowi, którego ojca źli polscy ułani zakłuli lancami! Ale kto najeżdżał nasze ziemie od Iwana Groźnego ? O tym rzecz jasna ani słowa. Zmarła kilka dni temu rosyjska dysydentka Waleria Nowodworskaja pisała, że rosyjska agresja wobec Polski wynikała też z nienawiści do wolności, na których wzniesiono fundamenty Rzeczpospolitej.

     Film Zaorskiego wprawdzie ukazuje nienawiść Rosjan do nas, a także do innych nacji, ale czy jej podłoże było głównie ideologiczne ? Nie jest to wcale pewne, mógł to być przecież wygodny pretekst do prześladowań innych narodowości, takie znakomite alibi: my was wytłuczemy dla dobra całej ludzkości. Celem jest wszak świetlane jutro. Pomimo owej „landszaftowej” wizji syberyjskich łagrów i stonowanych często akcentów wrogości do zesłańców przebija w tym filmie bestialstwo Sowietów i ich pogarda w stosunku do innych narodowości. Tego nie potrafił ukryć nawet reżyser Zaorski.

   Natomiast mało przekonywujące są w tym filmie wątki „miłosne” jak flirt polskiego chłopca z rosyjską pielęgniarką albo związek młodej Polki z zastępcą komendanta obozu, oczywiście w celach jak najbardziej praktycznych, ale czy w ogóle możliwy w warunkach łagru ? A przy tym niewiarygodny psychologicznie, ponieważ komendant obozu nie tylko górował nad zastępcą aparycją, ale i młodością. Niczym Omar Shariff nad jakimś emerytem o rysach platypusa. I czy córka zesłańca pozwoliłaby sobie na taki związek??Trzeci wątek miłosny między Ukraińcem a polską dziewczyną ma za to cechy prawdopodobieństwa, jednak zostanie zniszczony przez komendanta. Jest to jedna z mocniejszych scen tego filmu. A dziecko, które urodzi potem Polka, odegra dość ważną rolę w kolejnych epizodach. Oprócz okrucieństwa Sowieci demonstrują wielki pociąg do wódki, on też ułatwi zgon zastępcy obozu, a ten kryminalny wątek przewija się jeszcze w końcowych scenach. Po ogłoszeniu amnestii dość skąpo przedstawiono w filmie tworzenie armii polskiej, a o Andersie sza! Historyczne tło wypadło marnie.

   W intencji ukazania dobrych stron rosyjskiego charakteru reżyser przedstawia rubaszną strażniczkę, która na prośbę polskiego chłopca przechowuje zeszyt z zapiskami, które mogą zaszkodzić komendantowi łagru. To tylko jedna z naiwności tego filmu, który jakby miał na celu udowodnić, że NKWD nie było wszechobecne, ani tak złe jak należałoby sądzić. I tu wracamy do sedna sprawy: film nakręcono według książki stalinowskiego śledczego, a tacy przecież będą starali się wybielić sowieckie służby. Jak to możliwe, by w niby niepodległej Polsce sięgać po takie źródła w realizacji filmów ? Istnieją tuziny wspomnień sybiraków, oddających autentyczne warunki deportacji, jednakże zostały zignorowane ustępując dziełu stalinowskiego śledczego i prokuratora.

   W naszej III RP, tak chwalonej przez elity mało polskie, powstał więc film zakłamany, obrażający autentyczną tragedię zesłańców, a w dodatku film ze stalinowską skazą! Dlatego nie warto chyba podawać obsady. Jedynym plusem „Syberiady polskiej” jest muzyka ( Krzesimir Dębski ), także pejzaże. Zdjęcia kręcono w Chabówce, Sierpcu, Celestynowie pod Warszawą, Sanoku, Cedyni, pod Nowym Targiem i w Krasnojarsku. Ile lat jeszcze będziemy świadkami tego procederu, godnego raczej kina PRL-u, ale nie wolnej Polski !?? Na zakończenie moich impresji o tym poronionym filmie dodam, że całkowicie zgadzam się z krytyczną recenzją „Syberiady” Piotra Szubarczyka ( „Nasza Polska”), przedrukowaną w „Tygodniku Polskim” ( 8.5.2013).

Marek Baterowicz

 

                                                   ZAGADKA

                                 Otwieram się na cztery świata strony

                                - między ujściem Wisły a szczytem Rozsypańca –

                                 lubię poloneza, mazurka skoczne tony,

                                 lecz nie z każdym ruszę do tańca i różańca,

                                bo cenić sie muszę – wszak tradycja prosi

                                 i Orzeł Biały w tytule moim głosi,

                                 że od 1949 roku czytelnikom służę…

                                 wiek prawie sędziwy, ale serce młode!

                               Kto zacz ? Tę zagadkę kładę przed narodem

                                 dzisiaj, gdy płoną i lasy i róże,

                                 a z chmur spadają strącone anioły

                               na ziemię niegdyś naszą, Sarmatów popioły…

Marek Baterowicz

Syberiada1

lip
27

Tekst Krzysztofa Kledzika wzbudził duże zainteresowanie wśród Internautów. Otrzymałem sporo polemicznych listów, które wyrażają wspólną ocenę, np. Gość napisał:

Tamte osoby nie odróżniają od siebie dwóch rzeczy. Analizy Radka są cenne, ale dla Ananda. To są silnie wyspecjalizowane analizy nastawione na styl gry Ananda przeciwko konkretnym przeciwnikom w konkretnej sytuacji, chodzi o mecze o MŚ. Oczywiście one są wartościowe szachowo,ale spełniają rolę raczej wyspecjalizowanej fuchy. Natomiast Radek powinien robić analizy dla siebie, albo nawet ktoś powinien mu w tym pomagać. To dla Radka mają pracować osoby aby pomóc mu w progresie sportowym i wywindować go na szczyt, a nie on ma pracować dla innych. Co to wogóle jest za pomysł aby aktywny, młody zawodnik idący na szczyt, zaczął poświęcać dużo swojego czasu na windowanie w górę kariery innego aktywnego zawodnika?

Komentatorzy są zdania, że Radosław Wojtaszek – pracą dla Ananda – znacznie spowolnił swoje osiągnięcia sportowe. Jest to oczywiście osobista decyzja polskiego arcymistrza, który – zamiast walczyć o czołowe miejsca w świecie – wybrał rolę analityka.

Inaczej postępują szachiści z ambicjami sportowymi, np. Fabiano Caruana postawił wszystko w kierunku własnej kariery szachowej i konsekwentnie dąży do osiągnięcia najwyższych celów. Jego wyniki sportowe świadczą, że jest na właściwej drodze. Po niedawnym zwycięstwie w superturnieju w Dortmundzie udzielił kilka wywiadów, w których dobitnie podkreślił istotę intensywnego treningu przed każdym turniejem oraz wielką rolę jego osobistego trenera Władimira Czuczełowa. Pracują razem od 2010 i od 2012 trener towarzyszy mu w każdym silnym turnieju.

Władimir Czuczełow był także w Dortmundze i pomagał swojemu podopiecznemu w solidnym przygotowaniu się do każdej partii. Fabiano (rocznik 1992) w porównaniu z Radosławem (rocznik 1887) zainwestował w swoją karierę sportową i korzyści tego są widoczne. Oprócz światowych sukcesów turniejowych, młody arcymistrz rozgrywa świetne partie i wnosi nowe idee w teorii debiutów. Po zwycięstwie w Dortmundzie znalazł się jako trzeci szachista świata w klubie 2800.

Jednym słowem jest to przykład godny do naśladowania!

Ein starkes Team Fabiano Caruana ze swoim trenerem Władimirem Czuczełowem w Dortmundzie