Archiwum kategorii ‘Sylwetki’

sie
23

New Picture (2)

New Picture (3)

New Picture (4)

 Roman Polański i Jerzy Jeszke „grający” na scenie, Niemcy 2003

80 lat temu urodził się Roman Polański, światowej sławy reżyser, scenarzysta, aktor, producent, zdobywca Oskara i innych nagród. Artysta obecnie współpracuje w Berlinie z Jerzym Jeszke, którego managerem jest Andrzej Niklas, współpracujący ze mną w redagowaniu tego bloga.

Ciekawe linki:

15-lecie Tańca Wampirów Romana Polańskiego: Link 

Na szachownicy cenią sztukę i prawdę: Link

Rób swoje, a kiedyś ludzie to docenią!: Link

 

lip
30

W III rundzie tegorocznego superturnieju w Dortmundzie honorowym gościem był arcymistrz Vlastimil Hort, jeden z czołowych szachistów świata w latach 70. XX wieku, pretendent do tytułu mistrza świata.

Hort1Vlastimil Hort (w środku) „pomaga” Kramnikowi w wykonaniu pierwszego ruchu przeciwko Chenkinowi. Z lewej strony widać sędziego głównego Andrzeja Filipowicza, natomiast z prawej strony stoi dyrektor turnieju Stefan Koth.

Hort2

Z Vlastimilem Hortem znany się od wielu lat. W biurze prasowym arcymistrz pokazał swoje zwycięstwo z Karpowem: Link.

lip
18

     Tak o Mirosławie Kokoszkiewiczu (rocznik 1957) pisał w swym “Alfabecie” Seawolf: „Kokos26 – bloger, bratnia dusza. Często cytuje moje teksty, co stwierdzam czytając jego teksty…” Na antypody dotarła  ważna książka Kokoszkiewicza, wydane w roku ubiegłym przez Bollinari Publishing House w Warszawie pod dramatycznym tytułem: „Jak zabijano Polskę”.  Pobratymstwo poglądów obu blogerów rzuca się w oczy, są oni jakby bliźniakami idei i partyzantami Prawdy, żyjemy bowiem w czasach, gdy Prawda – rugowana z kontrolowanych mediów – krąży częściej w lasach jak powojenni „żołnierze wyklęci”, bohaterowie powstania antysowieckiego po drugiej wojnie światowej, która skończyła się dla całego świata, ale nie dla nas. Podobnie dzisiaj, po odtrąbionym oficjalnie końcu komunizmu, Polacy znajdują się pod okupacją peerelczyków (vide: Legutko) i właściwie stali się obywatelami drugiej kategorii we własnym kraju, manipulowanym przez oligarchów (o niebezpieczeństwach stąd płynących pisał w r.2007 Wildstein). A u Kokoszkiewicza też czytamy: „Nadeszły czasy ludzi i podludzi. Eleganckich salonowców i przebrzydłych moherów. Nastała polityka apartheidu w polskiej specyficznej wersji, a jej orędownikami, o ironio losu, zostali ci wszyscy postępowcy, którzy brzydzą się publicznie antysemityzmem i wykluczaniem kogokolwiek z debaty publicznej ze względu na poglądy i pochodzenie. Hipokryci, oszuści i łgarze przystąpili do selekcji na medialnej rampie”  (str.58).  Jak się można domyśleć Kokoszkiewicz pisze tu o tzw. autorytetach w rodzaju Szczypiorskiego, Kutza, kilku „profesorów” czy Niesiołowskiego, narzucających rodakom antywartości i kłamstwa. W IIIRP „wytworzył się ustrój oligarchiczny, czyli rządy uprzywilejowanej mniejszości w jej własnym interesie. Powstała kasta nietykalnych, których połączyła koalicja strachu, gotowa dosłownie na wszystko, by odsunąć PiS od władzy. Niestety, niewłaściwe posłużenie się w 2007 kartką wyborczą przez Polaków doprowadziło do tego…” (str.60/1).

    W książce „Jak zabijano Polskę” zawarto wiedzę o okresie dziejów z drugiej próby przełomu (pierwszą był rok 1992), co sygnalizuje nam podtytuł: „Cała prawda o IIIRP 2005-2011”. Autor przedstawia  wydarzenia i afery, które miały wpływ na sytuację polityczną, a sposób naświetlenia bliski jest ocenom Seawolfa. O ile jednak w jego „Alfabecie” wiedzę o tych sprawach dostajemy w silnie skondensowanych pigułkach, to Kokoszkiewicz przypomina polityczne etapy IIIRP, pewne prawie zapomniane epizody, służące analizom. Dobrym przykładem jest np. rozdział „Al-Kaida atakuje w Warszawie”, oczywiście była to akcja rodzimych służb specjalnych. Oto 20 października 2005 roku, na dwa dni przed drugą turą wyborów (w szrankach zostali już tylko Donald Tusk i Lech Kaczyński) w stolicy ogłoszono alarm bombowy. Na Dworcu Centralnym i stacjach metra znaleziono kilkanaście ładunków wybuchowych, które okazały się atrapami. Alarm był prowokacją, co potwierdziły rozesłane w mediach absurdalne insynuacje typu „Kaczyński=wojna” albo „Wybór Kaczyńskiego to budowa Polski ksenofobicznej”(?!) Od razu widać komu zależało na zmanipulowaniu wyborów tak, aby wygrał Tusk reprezentujący układ post-komunistyczny. Fałszywych bomberów nie ujęto, a sprawę umorzono (a jakże!) w r.2008. Kokoszkiewicz przypomina też jak Wojskowe Służby Informacyjne (na czele ich stał gen. Dukaczewski, kursant GRU) próbowały skłonić władze do wprowadzenia stanu wyjątkowego, by uniemożliwić  zaprzysiężenie na prezydenta Lecha Kaczyńskiego w dniu 23 grudnia 2005. Pretekstem dla stanu wyjątkowego miał być planowany rzekomo przez Al-Kaidę atak terrorystyczny na Warszawę (str.21). Te machinacje ilustrują jak bardzo Lech Kaczyński w roli prezydenta irytował obóz peerelczyków i władców Kremla. A owe historyjki z atrapami bomb dziś przydają się do analizy bombowego alarmu w 22 szpitalach kraju: mechanizm działań służb specjalnych nie zmienia się, nie wiemy tylko jeszcze w jakim celu zmontowano tę niedawną prowokację.

     Kokoszkiewicz przypomina też procesy w Grecji, podczas nich skazano wielu generałów za zbrodnie wojskowej dyktatury, podczas gdy u nas rozgrzeszono generałów, a nawet – o, paradoksie – promowano ich po r.1989 na tzw.ludzi honoru. Celował w tym obóz Michnika. Zbieramy więc plon nierozliczenia ery komunizmu, a symbolem tragicznym tego jest np. „seryjny samobójca”, nie mówiąc o serii nierozliczonych afer i prowokacji. Kto protestuje jest bez szans, o czym przekonał się Adam Słomka skazany na 14 dni aresztu za protest przeciwko uniewinnieniu gen.Kiszczaka: „Jednym słowem Kiszczak do domku, Słomka za kratki” (str.25). Tymi kontrastami operuje Autor, by poruszyć smieniem czytelnika i słuszna to metoda.  Służą temu też zestawienia np. wspaniałej biografii Antoniego Macierewicza z miałkimi „wyczynami” Bronisława Komorowskiego (str.41/2), co też jasno ukazuje, kto bardziej zasługuje na to, aby być lokatorem Belwederu.

     Niestety, pakt okrągłostołowy z r.1989 niósł złe plony, bo podzielił naród na peerelczyków (faktycznych beneficjentów tego chorego kompromisu) i na Polaków, odrzucających ów pakt, który uczynił z nich „podludzi” – jak czytaliśmy powyżej. Ilustruje to też krańcowo niesprawiedliwy rozdzielnik emerytur: grube tysiące dla ex-ubeków i generałów, a mizeria dla szarych obywateli. W IIIRP trwa zatem nieustanne promowanie katów przy jednoczesnym poniżaniu ofiar PRL-u.  I, niestety, układ post-komunistyczny jest silniejszy, a wyborcze hasło o tuskowej „miłości” złamano natychmiast po wyborach najazdem na Biuro Bezpieczeństwa Narodowego, by przejąć dokumenty Komisji Likwidacyjnej i Weryfikacyjnej WSI (str.79). Platforma – nawet za cenę jawnego pogwałcenia prawa – musiała ratować WSI, tę „platformę” rosyjskich (no i swoich)  wpływów. Innym drastycznym pogwałceniem prawa u nas było wydobycie ze skarbca  insygniów królewskich dla nielegalnej koronacji Sasa w r.1697. Dokonano tego przez dziurę wybitą w murze, ponieważ klucze do skarbca były w rękach kontystów, a legalnie wybrany na króla Polski książę Conti płynął do Gdańska, nie wiedząc że tam przeważają stronnicy Augusta. Elekcja w 1697 r. naruszała też inne prawa.

     Wróćmy do książki Kokoszkiewicza tym cytatem, który ukazuje talent Autora w dosadnych a celnych konstatacjach: „Podzielenie na krakowskie i gdańskie obchodów rocznicy powstania „Solidarności” i w końcu rozdzielone z premedytacją uroczystości katyńskie, co miało w podstępny sposób oddzielić „ziarno” od skazanych na śmierć „plew”, to zebrane owoce „pozytywnej synergii” (str.71) – by ironicznie  przywołać termin Tuska. Bez ogródek Autor pisze też o genezie IIIRP: „…w r.1989 wyraziliśmy zgodę na budowę nowej Polski pod nazwą IIIRP kolaborując ze zdrajcami narodu.(…) choć nazywa się to „historycznym kompromisem”, (…) to nie da się tymi kłamliwymi sloganami zakrzyczeć prawdy, że dzisiejsze państwo polskie zostało poczęte w grzechu, któremu na imię KOLABORACJA” (str.82). A „to grono kolaborowało z Kiszczakiem i Jaruzelskim w cieniu zbrodni ( …), bo „trochę polskich trupów , jak wiadomo od lat, to mniejsze zło” (str.87). Ostatnie rozdziały mówią o ofiarach „miłości” PO. Kokoszkiewicz opisuje też grę Tuska w celu likwidacji naszych stoczni (str.97-100), informuje, że w samej Bawarii wierci się 400 otworów dla geotermii, lecz u nas nie wolno dążyć do samowystarczalności energetycznej (str.102). Dużo jest o aferach i oczywiście o zamachu na Tupolewa, tu Polskę potraktowano jak rosyjski protektorat, któremu odmówiono dochodzenia prawdy o Smoleńsku (str.166). W tej bogato udokumentowanej książce nie brak i pikantnych 50 pytań A.Ściosa do kandydata Komorowskiego, a całość udowadnia sąd Kokoszkiewicza, że Polska sięga ostatecznego dna, dla którego każde inne jest już tylko wierzchem (str.8). Ponure? Z  pewnością, ale nie chowajmy głów w piasek. Przeciwnie, by wyjść z letargu tę superważną książkę trzeba czytać, a nawet omawiać na seminariach naukowych. W zakończeniu Autor daje jeszcze sarkastyczną wizję Polski z r.2042, oby się nie sprawdziła!

Marek Baterowicz

lip
07

      Nakładem Wydawnictwa „Słowa i Myśli” ukazał się właśnie cenny „Alfabet Seawolfa”, zmarłego niedawno słynnego blogera, a był nim kapitan żeglugi wielkiej Tomasz Mierzwiński. Pisał pod pseudonimem Seawolf i to on stworzył popularne dziś zwroty jak Seryjny Samobójca, Pancerna Brzoza czy Szaleni Starcy Platformy. Formuła „Alfabetu” nawiązuje oczywiście do „Abecadła Kisiela” lub do „Alfabetu Wildsteina”, z tym że książeczka Kisielewskiego – wydana w roku 1988 – nie może być niedoścignionym wzorem tego gatunku. Pisana jeszcze w epoce cenzury unika szlifowania prawdy, jej autor stara się pozostać  obiektywnym, ale nie może być nim do końca. Oto próbki: „Daniel Passent – niewątpliwie dobre pióro, czasem bywa odważny… Czasem drażni okropnie uległością i wazeliną…” Albo „Wojciech Jaruzelski – mmh…to trzeba by cały poemat napisać…Ja myślę, że on jest człowiek bojowy. To znaczy boi się…” ( niestety ciąg dalszy rozczarowuje,ale autor nie mógł drażnić dyktatora). O ile wspominki Kisiela o swych „modelach” są często rozgadane, to „Alfabet Wildsteina” jest wzorem lakoniczności i precyzji, a tworzony obecnie nie musiał też owijać w bawełnę. Dla przykładu jedna tylko perełka ( a jest ich więcej ): „Adam Michnik – motyl opozycji, z którego wykluła się poczwarka IIIRP”!  Ano właśnie, nie dość że  prawda to jeszcze podana z wdziękiem.

        Takiej eleganckiej ironii nie brakuje też u Seawolfa z tym, że litery jego „Alfabetu” są bardziej rozbudowane, ponieważ  nie pisze wyłącznie o osobach, lecz porusza również problemy Kraju, a zatem jego hasła stają się mini-felietonami. I u niego skrzą się diamenty sarkazmu jak np. w tym akurat krótkim haśle: „John Kennedy – prezydent. Wzór Donalda Tuska. Konkretnie, to jedno zawołanie, które chciałby powtórzyć, zawołać pod Bramą Brandenburską: Ich bin ein Berliner!”. A zaraz po Kennedym idzie hasło „Kielecki pogrom”, w nim na str.87/8 Seawolf opisuje, co stało się naprawdę w Kielcach i dlaczego: reżim chciał odwrócić uwagę świata od wyników sfałszowanego referendum, a także ukazać tzw. problem „endekofaszystów”, podczas gdy pogrom był naprawdę prowokacją LWP i NKWD, zaś żołnierze …odbierali broń Żydom! Jeśli o Kielcach mowa to w innym haśle „Sukces” ( str.189) Seawolf pisze o wiadukcie w tym mieście, który zawalił się już po godzinie od zbudowania! Najwidoczniej cement rozrzedzony korupcją nie wytrzymał. Spękane szosy też są dowodem afer, zaś minister dróg był z zawodu piekarzem, bowiem Tusk nie lubi rządu fachowców.

     Historycznych dygresji  jest mniej u Seawolfa, bo „Alfabet” jest jakby przewodnikiem po dżungli IIIRP, wielce egzotycznej dla polskiej emigracji, ale i Polakom osiadłym w Kraju sporo wyjaśnia. I Autor robi to z cudowną ironią, a czarny humor jest maleńką anestezją na ból spowodowany hiobowymi wieściami o dewastacji naszych stoczni albo o rozmontowaniu polskiej armii ( bo generalicję sprzątnięto pod Smoleńskiem). O lustracji Seawolf pisze bez ogródek: „Lustracja -…matka naszych klęsk, wszystkie inne są konsekwencją. Daliśmy się sterroryzować łajdakom wyjącym przeciwko zoologicznemu antykomunizmowi…Większość z nich (…) okazywała się własnie agenciakami SB…” ( str.109)  Ba, a któż stał za PO? Przypomina to Seawolf  z sarkastycznym wdziękiem: „…jak Gromosław ( Czempiński!) spadło na nas wyznanie, kto zakładał Platformę Obywatelską, potem (…) oficjalnie u boku Palikota pojawia się generał Dukaczewski.” ( str.97). Należy tu przypomnieć, że ten wychowanek WAT-u w latach 1976/82 pracował w Sztabie Generalnym, następnie był attache wojskowym w Waszyngtonie, a takie stanowisko powierzano zaufanym. Po roku 1989 był głównym specjalistą WSI, wrogiem lustracji i protegowanym prezydenta Kwaśniewskiego. Mimo różnych skandali lubi go też obecny „prezydęt” jak o Komorowskim wyraża się Seawolf i – choć nie ma osobno takiego hasła – to o gajowym i jego First Lady czytamy w kilku miejscach, a hasło „Dziadzia…” wprowadza tajemniczą Annę Komorowską.  W „Alfabecie” są hasła osobowe lub problemowe jak np. ”Język miłości” ( wypowiedzi tuskoidalne ilustrują raczej nienawiść ), „Nord Stream” ( o gazociągu w porcie w Świnoujściu ) albo „Miłość Ojczyzny”, gdzie znów Seawolf parska czarnym sarkazmem: „Zadeklarujmy, że naszych bliskich pochowamy bez zaglądania do ich trumien i im też nakażemy, by nie zaglądali do naszej”. Autor nieraz pisze jak bardzo Tragedia smoleńska zmieniła Polskę, a nawet polemiki na witrynach internetowych, kiedyś toczone przeważnie w stylu przekomarzań. A oto inny przykład jego swoistego stylu na pograniczu kpiny pod hasłem „Łoziński” ( Przedostatnia nadzieja Sekty Pancernej Brzozy i Świętej Półbeczki): „Dlaczego ekspert i dlaczego w sprawie Smoleńska? Miało to głębokie uzasadnienie. Łoziński pisał dużo o wschodnich sztukach walki, a samolot leciał wszak na wschód. No i widział kiedyś na wsi jak rąbali brzozę, twarda była, że nie wiem „ ( str.111). Seawolf nieraz wyśmiewa naiwny upór „ekspertów” rządowych utrzymujących, że to brzoza stała się przyczyną katastrofy, pomijając obłąkaną rosyjską tezę o naciskach i winie pilota.  Pod hasłem „Zdrajcy” czytamy: „Motywy Putina, Anodiny, Szojgu, Miedwiediewa, Krasnokutskiego, tego sołdata niszczącego dowody łomem, są nietrudne do wytłumaczenia, a nawet zrozumienia, gdyż służą oni swemu państwu w takim samym koszmarnym kształcie, w jakim jest od stuleci…” ( str.221). Dalej Seawolf próbuje przeniknąć motywy strony polskiej, które „kazały im podjąć grę z Putinem i wystawić znienawidzonego Prezydenta na czysty strzał…”, a w innym miejscu sądzi, że rozmowa na sopockim molo może być matką wszystkich rozmów. ( str.145)

    Oczywiście wszystko ma w tej książce wyborne proporcje, a Autor ukazuje przede wszystkim sytuację Polski po roku 1989, jeszcze bardziej zdewastowanej, rozbrojonej, skorumpowanej, niepraworządnej i przenikniętej agenturą. Z ogromną wnikliwością przybliża nam te niewesołe sprawy, a obserwatorem polskiej rzeczywistości został już w grudniu 1970, gdy będąc pacholęciem z okien mieszkania oglądał pochód stoczniowców niosących na drzwiach ciało zastrzelonego kolegi. To przeżycie – jak napisał – ukształtowało go na zawsze, z pewnością też wyostrzyło jego oko. Celność jego spostrzeżeń imponuje, na przestrzeni całej książki proponowałbym korektę zaledwie jednego hasła – o Rokicie ( str.165), gdyż Autor wyliczając jego grzechy zapomniał o największym. Oto Rokita w noc czerwcową 1992 r. gorączkowo apelował o przyśpieszenie głosowania nad wnioskiem o dymisję rzadu Olszewskiego ( patrz film „Nocna zmiana”), a tym samym wzniósł się na szczyty antypolskości, podczas gdy tejże nocy posłowie na Sejm – nominalnie Polacy – wbili sobie sami nóż w plecy!

   W poprzednim felietonie z okazji hasła o Bratkowskim poznaliśmy ofiary represji, zamordowanych bez kul. Dziś powinniśmy dodać tu jeszcze księdza Isakowicza-Zaleskiego ( str.70), który przeżył esbecki zamach w PRL-u, a niedawno ( czego Seawolf nie mógł dopisać, bo Pan wezwał go do siebie ) został ranny w dziwnym wypadku drogowym, lecz opuścił już szpital. A na stronie 102 czytamy o samochodzie, który uderzył w jadącą na rowerze minister Annę Fotygę, na szczęście nie pozbawiając jej życia.  Seawolf wspomina też ofiary Seryjnego Samobójcy ( jak Michniewicz, Lepper, gen.Petelicki ) i nieraz podaje przykłady niesłychanej niepraworządności IIIRP jak np. pisząc o Staruchu – uwięzionym liderze kiboli, do którego nie dopuszcza się adwokata, a aresztowano też narzeczoną Starucha za to tylko, że siedziała na innym miejscu niż wskazywał jej bilet! O arogancji wobec prawa mówi też hasło „Spisek grafologów” i ze stylem właściwym dla Seawolfa: „Niewinność Grasia nie ulega wątpliwości. Przecież jest z PO. Nic zatem dziwnego, że prokuratura roztropnie umorzyła sprawę”.( str.183) Inne przypadki łamania praw czytelnik odkryje sam jak i inne sensacyjne sprawy. „Alfabet” powinien trafić pod wszystkie strzechy,  jest bowiem znakomitym przewodnikiem po bagniskach IIIRP, przynosi też kilka ważkich refleksji o dziejach kraju, osaczonego przez odwiecznych wrogów ( vide np. hasło „Igelstroma lista”). Seawolf był blogierem również nurkującym w historię narodu, nie tylko obserwatorem współczesności. Swój „Alfabet” kończy hasłem o „Żołnierzach Przeklętych” pisząc, że nie lubi nazwy „wyklęci” i woli „niezłomnych”. I ma z pewnością rację, on sam też niezłomny wilk morski i wielki patriota, teraz na odwiecznej warcie prowadzi okręt Ojczyzny, dryfujący w pełnej wirów cieśninie stulecia.

                                                                            Marek Baterowicz

lip
02

     W roku 1944 w Buenos Aires ukazała się ważna książka pt. „Los Polacos en la Republica Argentina, 1812-1900”, jej autorem był polski emigrant Stanisław Paweł Pyzik (syn Franciszka i Marii Dąbrowskiej) przybyły do tego kraju w roku 1912. By uniknąć poboru do armii austriackiej, dzięki pomocy księdza Szpondra wyjechał do Francji, a tam w Cherbourgu wsiadł na statek płynący do Argentyny. Przed opuszczeniem Ojczyzny studiował fizykę i chemię na Uniwersytecie Jagiellońskim, odbył też praktykę w obserwatorium astronomicznym UJ. Z takim wykształceniem zdobyl uznanie, chociaż początkowo – dla opanowania języka – pracował w Posadas w browarze wuja Ignacego Dąbrowskiego. Współwłaścicielem browaru był Alfredo Stroessner, ojciec przyszłego prezydenta Paragwaju. Po powrocie do Buenos Aires Stanisław podejmuje pracę w firmie optycznej Lutz&Schulz, potem zostanie wynalazcą instrumentów optycznych, cenionym meteorologiem i wykładowcą. Nie traci związków z Polonią, wprost przeciwnie. W roku 1917 jest przedstawicielem Polskiego Komitetu Narodowego w Paryżu (Romana Dmowskiego) na Argentynę. Sprowadza do Buenos Aires Polską Misję Wojskową z por.Abczyńskim, która przyjmuje ochotników do Armii Polskiej we Francji.  W roku 1918 jednoczy polskie towarzystwa w Argentynie w jedną organizację „Wolna Polska”. Od roku 1921  ten wielki patriota redaguje dwutygodnik „Wolna Polska”, a w roku 1922 zakłada gazetę „Głos Polski”.  Pracuje wtedy w ministerstwie robót publicznych  w sekcji stacji meteorologicznych i hydrologicznych. W roku 1922 poślubił Marię Elenę de Rollin, urodzoną w Montevideo w rodzinie francuskiej. Jej wuj August, pułkownik francuski, był instruktorem w obozie powstańców w Polsce w r.1863. Senora Pyzik uczestniczyła we wszystkich jego poczynaniach na niwie polonijnej, a były one wielkiego formatu. Stanisław P.Pyzik był nie tylko jednym ze współorganizatorów Związku Polaków w Argentynie, powstałego w r.1927, ale wielokrotnie jego prezesem – w latach 1930-32, 1936-43, 1948/9, 1951/2. W latach 30-tych nakręcił film o Polakach w prowincji Missiones, a w r.1934 odwiedził Polskę. W r.1931, podczas kryzysu, organizuje darmowe obiady dla bezrobotnych Polaków. Był człowiekiem wielkiego serca, a także technicznym geniuszem, a dowiódł tego serią wynalazków jak deszczomierz automatyczny, rosomierz samopiszący dla lotnictwa, waga kieszonkowa dla balonów, anemometr dla pomiarów prędkości i kierunku wiatrów, perfiliograf, freatrymetr. Skonstruował też sejsmograf uznany przez japońskich specjalistów za najczulszy na świecie! Działa też na polu kultury i jest współzałożycielem Instytutu Kulturalnego Argentyńsko-Polskiego w r.1939. W r.1940 staje na czele Komitetu Niesienia Pomocy Ofiarom Wojny, organizuje werbunek do Armii Polskiej, za co otrzymuje podziękowania od gen.Sikorskiego. Po wojnie wspiera u rządu Argentyny plan imigracji byłych żołnierzy i uchodźców. A na terenie Buenos Aires zasłynął też jako wykładowca fizyki i chemii w szkole przemysłowej, później został jej dyrektorem. Był też doradcą lotnictwa d/s meteorologii, za co nadano mu stopień generała brygady. Stale pamięta o Polsce i w r.1947 przesyła kilka transportów z konserwami mięsnymi i czekoladą do Krakowa na ręce kardynała Sapiehy. O jego zasługach można jeszcze wiele pisać, dość na tym, że w r.1954  rząd londyński odznaczył go Krzyżem Oficerskim Polonia Restituta. W okresie odwilży, w r.1958, odwiedził jeszcze Polskę, zmarł w Buenos Aires w r.1981. Po tym nieco długim wstępie o Autorze (lecz wyjątkowość jego sylwetki nas tłumaczy!) przejdźmy do jego dzieła.

      Drugie wydanie jego książki o Polakach w Argentynie ukazało się w r.1966 w Buenos Aires, rozszerzone tematycznie o polskich emigrantów w innych krajach Ameryki Łacińskiej, generalnie od wieku XIX-tego, choć Autor wspomina też Krzysztofa Arciszewskiego, który jako wojskowy działał w Brazylii od 1629 do 1637 roku. Przed opuszczeniem Brazylii Arciszewski napisał wiersz „Lamento” będący pierwszym polskim utworem inspirowanym Ameryką Południową, a zarazem głosem tęsknoty za ziemią ojczystą. W wieku XVII-tym  kilku polskich jezuitów pracowało na terenie Paragwaju zyskując sympatię Indian, o czym świadczyły słowiańskie imiona przyjmowane przy sakramencie chrztu. Jednak dopiero w wieku XIX-tym zjawiają się w Ameryce Polacy, najpierw legioniści Napoleona w republice Dominikany albo byli napoleońscy żołnierze walczący potem jak Franciszek Dunin-Borkowski o wolność Chile, wreszcie emigranci po powstaniu listopadowym jak Ignacy Domeyko. W Wenezueli inżynier W.A.Lutowski budował drogi, a jego syn Augusto Paredes Lutowski (1852-1916) zostal naczelnym inspektorem armii wenezuelskiej. W Brazylii Polacy zjawiają się po upadku powstania listopadowego. I tak inżynier Andrzej Przewodowski wzniósł wiele budowli w Bahia, ożeniony z autochtonką pozostawił liczne potomstwo. Doktor Piotr Czerniewicz z Podlasia – po studiach we Francji – zasłynął jako lekarz, a jego przewodnik medyczny, wznawiany wielokrotnie, przyniósł mu rozgłos oraz order „Caballero de Cristo” nadany mu przez cesarza Brazylii. Do Brazylii przybywali też inni kombatanci naszych powstań lub księża, o czym przekona się ciekawy czytelnik polskiego przekładu „Polaków w Argentynie”, wydanego przez Fundację Semper Polonia (W-wa, 2004) dzięki dotacji Senatu.

   Z kolei w Argentynie i Urugwaju działał doktor Maksymilian Rymarkiewicz, lekarz i redaktor francuskiego pisma „Le Commerce”, zmarły w r. 1857 w Montevideo podczas epidemii żółtej febry. Niezwykły życiorys miał inny lekarz, dr Adolf Karol Korn, który w r.1868 – dzięki maszynom ze Szwajcarii – otworzył pierwszy w Buenos Aires młyn zbożowy.  W argentyńskiej armii walczyli też Polacy podczas wojny z Paragwajem jak np. generał Henryk Spika (nazwisko Spiczyński skrócił dla wygody tubylców) albo w utarczkach z Indianami. W 1886 r. przechodzi w stan spoczynku i zostaje profesorem taktyki stosowanej w Szkole Wojskowej. Autor wymienia też Polaków przybyłych z Garibaldim i po powstaniu styczniowym, wspieranym przez gazety Argentyny i przez oficjalne zbiórki pieniędzy dzięki inicjatywie księdza Mikoszewskiego. Może najbardziej barwną biografię ( godną filmu fabularnego!) miał Robert A.Chodasiewicz, przybyły do Argentyny w r.1865. O przygodach tego zbiega z carskiej armii podczas wojny krymskiej w 1855 r. (przeszedł na stronę angielską) czytamy na stronach 117-124, a są te strony jakby zalążkiem filmowego scenariusza, stanowią fascynującą lekturę. Z uchodźców po powstaniu styczniowym  zasłużył się zwłaszcza Jordan C.Wysocki, również kapitan argentyńskiej armii, przyjaciel prezydenta Sarmiento i projektant słynnego parku „3 de Febrero” w Buenos Aires.

    Byłoby niemożliwością wymienić tu wszystkich Polaków w Ameryce Południowej, a nawet tylko w Argentynie, o których mówi książka Stanisława P.Pyzika. Obejmuje ona też czasy współczesne, choć w pewnym skrócie. Pada w niej nazwisko Grombrowicza, polskich reprezentantów w szachach, którzy w 1939 byli na olimpiadzie w Buenos Aires. Autor wymienia też polskich plastyków (mp. Karola Sobieskiego, ur. w 1866, ponoć pretendenta do tronu Polski), cenny jest też rozdział o Ameryce Południowej w oczach polskich pisarzy lub misjonarzy, którzy wydali broszury o polskiej kolonii w Misiones. Znakomitą książkę pana Pyzika czyta się jednym tchem, nie jest to martwe kompendium wiedzy o polskich emigrantach, ale jej żywy obraz ukazujący niezwykłe historyczne powiązanie między narodami, dzieło wielkiego humanisty i społecznika.

                    Marek Baterowicz

cze
15

Część 1

Z 24 rozdziałów „Karawan-u literatury” Waldemara Łysiaka (a książka liczy 287 stron) zdążymy może jeszcze omówić te, które są poświęcone bardziej sprawom literackim, aniżeli politycznym niuansom. Uwagę naszą przykuwa zwłaszcza rozdział 18: Literatura „nowoczesna, eksperymentalna, awangardowa”. Jak pamiętamy eksperymenty literackie bywały nieraz  niewypałami jak dadaizm, proklamowany w 1918, a będący ruchem anarchistycznym w swojej agresji wobec języka czyli tworzywa literatury. Sukcesem okazał się za to surrealizm, szczególnie w wersji dojrzałej, odrzucającej „automatyzm psychiczny”, a do dzisiaj ceniony przez poetów. Nie powiódł się eksperyment z nową powieścią we Francji w latach 50-tych i 60-tych pomimo pewnych wybitnych osiągnięć jak znakomita „La Jalousie” (1957) Alain Robbe-Grillet’a. I ten awangardowy nurt wypalił się po kilkunastu latach. „Anty-powieści”  takich pisarzy jak Nathalie Sarraute, Michel Butor, Claude Simon, Roger Pinget czy wspomniany już Alain Robbe-Grillet pozostaną na zawsze w muzeum literatury, ale nie będą rozchwytywane przez czytelników. Podobny los czeka twórców polskiej „awangardy” lansowanych w latach 90-tych przez Salon, tym bardziej że za ich dokonaniami nie stał jakiś wartościowy manifest próbujący uzasadnić ich eksperymenty. Łysiak zauważa, że literatura uległa najgłupszym modom, zaroiła się od płodów „awangardowo” bełkotliwych, „eksperymentalnie” nieczytelnych, „postępowo” bla-bla-blagowatych, „modernistycznie” koślawych, „nowocześnie” wydziwiających, przy których dawny modernistyczny „strumień świadomości” Joyce’a zdawał się grzeczną bajeczką dla przedszkolaków…( str.213).  Ba, ale i coraz mniej czytelników wraca do „Ulissesa” Joyce’a!  Wydaje się, że rację ma cytowany przez Łysiaka kolumbijski filozof Nicolas Gomez Davila: „Współczesna krytyka przedkłada książki, których nie da się powtórnie czytać, nad te, które można czytać w nieskończoność”. I z pewnością chętnie przeczytamy ponownie świetnego „Faraona” Prusa albo trylogię Sienkiewicza, niż jakąś quasi-literacką miazgę takich współczesnych „powieściopisarzy” jak Sławomir Shuty lub Wojciech Kuczok, których prozę zmiażdżył  nawet salonowy recenzent Piotr Kofta w r.2008 określając ją jako niestrawną, bełkotliwą i pustą jak wydmuszka. A utwory takiej Doroty Masłowskiej odkłada się po przeczytaniu kilku stron, chyba że ktoś jest masochistą i uwielbia zadręczać się łamaniem składni i wulgarnością języka. Pomijając kwestie warsztatu jej „Wojna polsko-ruska” jest próbą zdyskredytowania naszej wojny wyzwoleńczej, zachodzi więc podejrzenie, że była pisana pod dyktando michnikoidów. Środowisko „Gazety Wyborczej” wraz z Salonem ochoczo popiera te literackie miernoty fundując hojnie nagrody Nike, a nawet lansując przekłady, co nie przynosi reputacji naszej literaturze współczesnej. Nie lepiej prezentują się książki Sylwii Chutnik ( „Dzidzia”), Pawła Huelle,  Tomasza Tryzny („Panna Nikt” z nieudaną adaptacją Wajdy) czy Jerzego Pilcha z równie kiepską ekranizacją Stuhra jego „Spisu cudzołożnic”. I tu znowu Łysiak cytuje sądy krytyków salonowego „Newsweeka” o wzajemnych relacjach naszej literatury i filmu, który „… nie będzie miał pożytku z polskiej prozy współczesnej, bo nie ma w niej dialogów, ani atrakcyjnych historii, które dałyby się przełożyć na filmową akcję.” (str.233). Autor konkluduje: „ z plew nie da się zrobić smacznego chleba”, cytując również werdykt Rafała Ziemkiewicza” „Łatwo zauważyć, że im gorzej pisarz bełkocze, im bardziej lejący się z niego słowotok przypomina biegunkę, tym więcej zbiera recenzenckich pochwał” („Rzeczpospolita”, 2008). 

     W kreowaniu tego literackiego światka mają zatem decydujący udział głosy krytyków, lecz nieraz i salonowi recenzenci nie mogą ukryć defektów publikowanych, a nawet nagradzanych (!) dzieł.  Zdaniem Ziemkiewicza praojcem pseudoawangardowych tortur dla języka Lechitów jest Gombrowicz, do którego rozmodleni są wszyscy „nowocześni” literaci, co posługują się pokręconą w strukturach narracją, wygibasami języka pełnego nowotworowych wtrąceń i złożeń, szyków przestawnych i spadających kaskadami przymiotników, uwolnionych z rygorów logicznych zdania, spiętrzanych jedynie przecinkami (…). Ten wzorzec narzucany jest krytykom, do niego przymierzane są dzieła, podług zgodności z nim rozdawane są punkty i laurki” ( „Rzeczpospolita”,2008).

    Ziemkiewicz swoją diagnozę paragombrowiczowskiego modernizmu powtórzył też w r. 2011 na łamach „Rzeczpospolitej”  w radykalnych określeniach, widząc w nim „małpowanie szyków przestawnych Gombrowicza, rozcieńczanie Gombrowicza, a nawet zwulgaryzowaną palikotyzację Gombrowicza”. (str.219). Nie podważając tej diagnozy musimy jednak pamiętać o przepaści dzielącej owe współczesne płody od dzieł Gombrowicza, które były literaturą niepospolitego stopu, wyrastającą z pnia szlacheckiej gawędy, podrasowanej ironiczno-błazeńskim stylem i osobistą grą z językiem. Niestety, wiele nowoczesnych debiutów – przekraczając granice tej gry – nosi znamiona antyliteratury. Nie doczekają się tej renomy co autor „Ferdydurke”, cytowany przez Cortazara w „Grze w klasy”, który uzasadnia strukturę swej powieści w oparciu o koncepty Gombrowicza.

    Podobnie sądzi wybitny pisarz Marek Nowakowski, który w eksperymentach językowych dostrzega chorobę: „Rodzą się surogaty literatury. Płaskie, tendencyjne, wypreparowane (…) i przetwarzanie nowinek intelektualno-artystycznych z Zachodu ( dodajmy tu: często wypalonych już z ćwierć wieku temu!), wyśmiewanie się z tradycji, burzenie wielu tabu rzekomo hamujących rozwój nowoczesnego człowieka, apoteoza laicyzacji, penetracje rozmaitych dewiacji, pogoń za efektowną i bulwersującą formą, skrywającą absolutną pustkę. Modne stały się eksperymenty językowe (dodajmy: na Zachodzie są już przeżytkiem), budowanie utworu literackiego z rozmaitych zbitek współczesnej nowomowy, slangów ulicy, narzecza stosowanego w korporacjach, żargon polityków, w którym znajduje odbicie chaos pojęciowy, etyczny, zatrata wartości, trywializacja i materializacja życia. Badacze języka nazywają ten nurt nihilizmem epistemologicznym (…) W takim stanie rzeczy o randze osiągnięć artystycznych decyduje medialna reklama i siła kręgów opiniotwórczych, która z niczego potrafi wykrzesać sukces, triumf (…) Twórczość staje się wypadkową pozorów… to literatura na niby. „Rzeczpospolita”, 2010 ( str.219/220).

    Tą kompetentną wypowiedzią Nowakowskiego (to zarazem wyczerpujący komentarz symptomów choroby) wypada zakończyć relację o kryzysie polskiej literatury, zawartą w książce Łysiaka. Trzeba tylko postawić pytanie : czy mamy tu do czynienia z naturalnym procesem „ewolucji” literackiej , czy może z negatywną dywersją na polu naszej kultury, której bodźcami są  kontrowersyjne nagrody Nike ?

                                                                                    Marek Baterowicz

cze
07

W „Anonsie” zapowiedziałem, że na blogu będę informować o aktualnych imprezach oraz od czasu do czasu wplotę też wątki nie związane stricte z szachową tematyką.

Artykuł Marka Baterowicza nie zawiera wprawdzie treści szachowej, ale został napisany przez szachistę. Jest bardzo interesujący i dlatego jestem przekonany, że  spotka się z dużym zainteresowaniem wśród Internautów.

/////////////////////////////////////

“Karawana literatury” (W-wa, Nobilis 2013)  to najnowsza książka Waldemara Łysiaka, a tytuł jej wymaga osobnego komentarza, albowiem w zamyśle autora była tu gra słów: karawana – karawan, lepiej widoczna przy użyciu dużych liter. A zatem karawana literatury idzie dalej poprzez wieki, atoli w naszych czasach przypomina raczej karawan czyli wóz pogrzebowy. Autor wyjaśnia to bliżej we „Wstępie o dekadencji” zauważając, że wyraźny upadek pisarstwa u nas łączy się z kryzysem literatury, który ma objętość globalną. Łysiak sądzi, że walec pop-kultury zepchnął prawdziwą literaturę ku czyścowi hermetyzmu, promując pseudoliteracką tandetę/ szmirę i dodaje : „Mordują nie tylko język polski i literaturę polską, gdyż problem uwiądu literatury jest światowy”. Lata temu kryzys ten dostrzegł na naszym gruncie prof. Wiesław Paweł Szymański, co Łysiak mógł przypomnieć stosownym cytatem, by jeszcze lepiej wesprzeć swe wywody. Uczynimy to poniżej:  „…ksiązki, które zdominowały współczesny rynek literacki z jego nadania (tzn. prof. Jana Błońskiego), takie jak Pilcha, Tomasza Jastruna, tych nazwisk jest znacznie więcej, to mnie śmiech pusty i trwoga ogarnia. Po tych książkach i ich autorach za pięć, dziesięć lat nie będzie żadnego śladu. Nikt o nich nie będzie mówił i pisal, tak jak nikt dzisiaj nie pamięta, a więc nie czyta lansowanych kiedyś przez Henryka Berezę twórców z jego tzw. szkół i szkółek.” (Arcana, nr 48, 2002, str.200). Dalej prof. Szymański wskazuje na dyskryminację pewnych Autorów: „Nie mogę wprowadzić do Katedry Literatury Polskiej XX wieku doktora, który napisał wyśmienitą rozprawe o twórczości literackiej Karola Wojtyły, (…) a zachwycamy się powieścia Chwina „Esther”, która jest po prostu szczytem nie tyle nawet kiczowatości (jak to ukazał Tomasz Burek), ile po prostu grafomaństwa. Polityczna poprawność w miejsce prawdziwych wartości ?” (idem, str.201).

    Tę dekadencję literatury  ułatwia nagroda Nike, przyznawana przez lobby związane ze środowiskiem Michnika hojnie rozdającego fundusze na promocję takich literackich dziwolągów jak Dorota Masłowska czy Olga Tokarczuk, którą zresztą w porównaniu z Masłowską umie władać piórem. Utwory ich są promowane do przekładów, co kompromituje naszą literaturę współczesną za granicą. Podobnie jest w dziedzinie poezji, gdzie to samo wszechwładne lobby promuje twórców politycznie poprawnych jak Kornhauser czy Zagajewski, nieustannie też czuwając nad kultem Szymborskiej. Dodajmy na marginesie, że na polu eseju środowisko „Gazety Wyborczej” lansowało antypolską książkę Anny Bikont – „My z Jedwabnego”, również tłumaczoną na inne języki dzięki rekomendacji Michnika. Tym sposobem francuskie wydanie książki Bikont dostało w 2010 nagrodę „European Book Prize”, przyznawaną przez socjalistów w Parlemencie Europejskim. Laureatka za oczernianie Polaków dostała 10 tysięcy euro.

    Trwa w najlepsze – jak pisze Łysiak – mylenie pseudoliteratury z prawdziwą literaturą,  ludzie dają się nabierać  tendencyjnym werdyktom jury i opiniom Salonu. A na świecie – jak zauważa słusznie Łysiak – mitologię grecko-rzymską czyli fundament kultury europejskiej zastąpiły bajdurzenia Tolkieniów i tollkienistów. Dodajmy tu słów parę o inwazji ksiąg o Harry Potterze autorstwa pani Joanne K.Rowling, które wywołały sprzeciw pewnych krytyków (jak Gabriela Kuby) i zostały napiętnowane w 2005 przez kardynała Ratzingera: „…są to subtelne pokusy, które są ledwie zauważalne, a oddziałują na dzieci powodując rozkład wiary chrześcijańskiej w duszach, zanim mogłaby ona właściwie wzrosnąć”. Ks. Gabriele Amorth, znany egzorcysta, też potępił owe książki: „za Harrym Potterem ukrywa się sygnatura księcia ciemności, diabła”.

     Szczególną uwagę w nowej książce Łysiaka wypada poświęcić rozdziałowi „Czy Nobel to bubel?”, a już sam fakt, iż o nagrodzie decyduje komitet Osiemnastu z Akademii Sztokholmskiej budzi spore wątpliwości. Owa „szwedzkość” wywołała skandal w roku 1974, gdy literackiego Nobla dano ex aequo dwóm członkom owej Akademii! Fala oburzenia rozlała się po świecie, nawet Uniwersytet w Uppsali określil ten werdykt jako humorystyczny i hańbiący,a zatem obaj laureaci – E.O.Johnson i H.Martinsson – wkrótce zmarli na zawał serca. A nagroda z roku 1904 dowodzi, że i wtedy komitet noblowski nie kierował się wartościami literackimi, bo zamiast nagrodzić genialnego Augusta Strindberga podzielił nagrodę dla Frederica Mistrala z Prowansji i hiszpańskiego dramaturga Jose Echegaray, ustępującemu o klasę autorowi „Panny Julii” i „Sonaty widm”. Tym razem Szwedzi mogli dać Nobla swemu rodakowi z całym uzasadnieniem, atoli Strindberg jako „alkoholik, rozwodnik i bluźnierca” nie miał żadnych szans. W r.1901 Akademia Szwedzka skrzywdziła też Tołstoja i Zolę, przyznając nagrodę francuskiemu poecie Sully Prudhomme, modnemu w tamtej epoce, lecz niezbyt wybitnemu, który ryzykował połączyć poezję z nauką. Kilkudziesięciu pisarzy szwedzkich wystosowało protest i wysłało list hołdowniczy do Tołstoja. W rok później również pominięto Tołstoja (nie lubił go szef Akademii), a Zola zmarł 29 września. Nobla otrzymał niemiecki historyk T.N.M.Mommsen, o jego zasługach milczą dziś encyklopedie. W r.1903 wszyscy spodziewali się, że laur dostanie świetny dramaturg norweski Henrik Ibsen, tymczasem pokonał go drugorzędny rodak B.M.Bjornson. Ale w roku 1905 komitet stanął na wysokości zadania dając Nobla Sienkiewiczowi.

    Wśród laureatów Nobla nie ma Kafki, Joyce’a, Borgesa. Musila, Claudela, Jamesa, Conrada czy Valery-ego – jak komentuje Łysiak, wymieniając nawet więcej nazwisk. Wyróżniono za to wielu drugorzędnych pisarzy, nagrodzono np. panią Pearl Buck kosztem Virginii Woolf, po czym przytacza Łysiak długą listę faktycznie mniej znaczących ludzi pióra, z której jednak można ocalić Jimeneza czy Quasimodo.  Niestety względy polityczne zbyt często decydują o literackim Noblu, np. w r.1939 dano nagrodę pewnemu Finowi, gdyż popierał wprowadzenie w Finlandii języka szwedzkiego!  W r.1960 polityka stała też za Noblem dla francuskiego poety Saint-John Perse, a wymusił go sekretarz generalny ONZ, Szwed Dag Hammarskjold, bo kandydat był antygaullistą, a sekretarz bardzo nie lubił generała de Gaulle’a. Gaullistów w Sztokholmie nie lubiano, więc i Malraux nie otrzymał Nobla, ale mała to strata: podczas wojny domowej walczył jako lotnik po stronie komunistów. Lewicujący pisarze mieli w Sztokholmie gwarancję laurów jak pisał Georges Menant, a zatem np. Neruda lub Sartre, który odmówił przyjęcia nagrody. Potem wielu innych twórców tej maści obdarzono Noblem jak Portugalczyka Saramago czy „szurniętego lewaka” Włocha Dario Fo za jego farsy, podczas gdy Akademia zignorowała znakomity teatr Mrożka, wystawiany w tylu krajach. Obdarzano też feministki jak Austriaczkę E.Jelinek albo Amerykankę Toni Morrison. Rzadko Akademii zdarzało się nagrodzić twórców naprawdę zasługujących na laur jak meksykański poeta Octavio Paz  czy peruwiański pisarz Mario Vargas Llosa. Na Nobla zasłużyli też Czesław Miłosz (1980) czy kolumbijski pisarz Gabriel Garcia Marquez (1982) mimo ich poważnych flirtów z komunistami. Miłosz – w przeciwieństwie do Marqueza  zerwał z lewicą w 1951, choć po roku 1989 wspierał niestety obóz…postkomunistyczny! Można mu zarzucić też, co jasno ujął Jerzy Narbutt: „Za podlizywanie się międzynarodówce kosmopolitów i antypolonistów zapłacono mu Noblem” (cytuje Łysiak, str.105). Przypomnijmy, że wiersz Miłosza „Campo di Fiori” wykorzystywano do oskarżania Polaków o obojętność wobec tragedii warszawskiego getta, autor nie protestował. A swój kosmopolityzm (choć prywatnie lubił obnosić się z litewskością ) wyraził w tych nieco cynicznych wersach: „Nie kochaj żadnego kraju/kraje łatwo giną” (Dziecię Europy).

   Łysiak referuje też skandal z laurem dla Szymborskiej w 1996, kiedy wszyscy oczekiwali, że Nobla dostanie  Zbigniew Herbert, poeta z pewnością lepszy od Szymborskiej, ale – jak ujął to Łysiak – zajmujący antykonfidenckie, antysalonowe stanowisko, optujący za lustracją. Sztokholm tłumaczył się więc w kuluarach, że to z Polski płyną fluidy szlabanujące Herberta. Salon i post-komuna nie mogła dopuścić, by Nobla dano Herbertowi, który demaskował Michnika jako kłamcę i łotra, a zatem uruchomiono wszystkie kanały lansujące Szymborską, łącznie z rekomendacją pewnego lobby z UJ. Nobel dla Wisławy Szymborskiej (dwukrotnie występującej z PZPR i tam wracającej!) był też jakby nobilitacją i rozgrzeszeniem dla wszystkich „umoczonych” w PRL-u. Nagrodzono więc uosobienie oportunizmu, bo w swoich wierszach gloryfikowała partię, Lenina, Armię Czerwoną i rewolucję jako „wodę źródlaną, z miłością podaną spragnionemu”.Za Stalina podpisała też haniebny apel o surowy wyrok w procesie księży, laur dla takiej postaci jest groteską mimo wielu potem udanych utworów. A po roku 1989 r. wierszem „Nienawiść” na łamach Michnika stanęła w obronie lustrowanych komunistów, dowodząc swego nieustannego afektu dla kadr peerelowskich.

    Suma informacji zebranych przez Łysiaka dowodzi bezspornie, że Nobel to bubel. A omówienie całej książki „Karawan/a literartury” przekracza ramy tej edycji. ( cdn.)

                                                                        Marek Baterowicz

maj
13

img056

Ryszard Gąsiorowski (1935-1998) zaliczał się przez wiele lat do czołówki krajowej w grze normalniej i korespondencyjnej. Graliśmy w jednym klubie Hutnik-Nowa Huta. Rywalizowaliśmy ze sobą o czołowe miejsce w drużynie i mimo tego byliśmy do końca dobrymi kolegami. Na miesiąc przed śmiercią poinformował mnie o swojej nieuleczalnej chorobie. Na mojej witrynie zostały opublikowane wspomnienia Andrzeja Filipowicza i moje o Ryszardzie Gąsiorowskim.

maj
12

Turski Waclaw Rzeszow 60-eWacław  Turski (z lewej strony)

Brzozka Stefan-Turski Waclaw MP Rzeszow 1966

Mistrzostwa Polski w Rzeszowie 1966. Wacław Turski wręcza nagrodę Stefanowi Brzózce.

Turski

MP w Rzeszowie 1966. W środku widać legendę polskich arbitrów Wiktora Witkowskiego.

Turski Waclaw- Witkowski Stefan

Wacław Turski wręcza puchar Stefanowi Witkowskiemu (wszystkie zdjęcia pochodzą z archiwum Andrzeja Filipowicza)

Dodatkowe fotografie: Link.

W 1968 roku zostałem zaproszony na turniej kołowy do Iwonicza Zdroju (6-15 września). Tam poznałem organizatora imprezy i jednocześnie prezesa Okręgowego Związku Szachowego w Rzeszowie Wacława Turskiego – niezwykle sympatyczną postać, prawdziwego pasjonata szachów.

W turnieju startowało 12 zawodników. Rywalizowałem z ówczesnym wicemistrzem Polski Janem Adamskim. Przez dłuższy czas prowadziłem w turnieju, ponieważ Janek przegrał dwie partie. Ale wygrał ze mną w bezpośrednim pojedynku i to zagwarantowało mu 1 miejsce.

Wyniki czołówki

1.Jan Adamski 9
2.Jerzy Konikowski 8.5
3. Tadeusz Lipski 7

Na szóstej pozycji uplasował się mistrz z Krakowa Tadeusz Ciejka, natomiast na siódmym znany mistrz i publicysta Stanisław Gawlikowski.

W 1970 roku w Solinie (27.09-6.10.) Wacławowi Turskiemu udało się zorganizować pierwszy turniej w obsadzie międzynarodowej.

Wyniki czołówki

1-2. Jerzy Konikowski 8 z 10
1-2 Ryszard Gąsiorowski 8
3. Zbigniew Wojciechowski 6.5

Piątą lokatę zajął były mistrz Polski Józef Gromek 6, a jedno miejsce dalej był Tadeusz Ciejka 5 pkt. Za ten wynik uzyskałem normę na mistrza krajowego. W dniu wolnym prezes Turski zorganizował nam wycieczkę po Bieszczadach oraz zwiedzenie elektrowni w Solinie.

VI Puchar Bieszczadów został zorganizowany również w obsadzie międzynarodowej w Ustrzykach Dolnych w dniach 18-26.09.1971. Startowało 14 zawodników.

Czołówka

1. Jan Adamski 11.5
2. Jerzy Konikowski 9.5 (jako jedyni nie doznaliśmy żadnej porażki)
3-4. Stanisław Gawlikowski i Stefan Witkowski po 8
5. Ryszard Gąsiorowski 7

Kolejny turniej międzynarodowy odbył się w Solinie (1.10.-10.10.1972). Tym razem Wacław Turski zorganizował nam wycieczki do Łańcuta i Krasiczyna. Turniej – jako jedyny – zakończyłem bez porażki. Jednakże znany mistrz czechosłowacki Jan Plachetka (obecnie arcymistrz) miał więcej zwycięstw.

Wyniki czołówki:

1. Jan Plachetka 9.5 z 12
2. Jerzy Konikowski 9
3. Frantisek Pithart 8
4. Wojciech Dobrzyński 7
5. Władysław Schinzel 7
6. Ryszard Gąsiorowski 6.5

Turnieje Wacława Turskiego odbywały się wprawdzie w cieniu wielkich imprez w Polanicy i Lublinie ale miały ważną rolę do spełnienia: popularyzację piękna ziemi Bieszczadzkiej. Grałem w nich cztery razy i zajmowałem wysokie miejsca. Dwukrotnie zdobyłem normy mistrzowskie, co w tamtych czasach nie było tak łatwo.  Ale przede wszystkim poznałem miejscowości, które wcześniej znałem tylko z literatury i filmów mówiących o powojennych walkach o polskość tych ziem.

Podziwiałem wspaniałą organizację rzeszowskich działaczy na czele z ich prezesem. O Wacławie Turskim wiem niewiele. Nie znalazłem o nim żadnej informacji w Internecie. Przed kilkoma dniami zadzwoniłem do Witolda Szumiły, byłego prezesa Rzeszowskiego Związku Szachowego, który podał mi kilka szczegółów z życia Wacława Turskiego. Pochodził ze Lwowa. Zmarł w wieku 75 lat w wyniku nieszczęśliwego wypadku. Potknął się na ulicy i doznał wielu skomplikowanych złamań. Lekarze przez dwa lata próbowali przywrócić go zdrowia, ale bezskutecznie. W czasie tej choroby zmarła mu żona. Mieli syna i córkę.

W toku rozmowy przypomniałem sobie, że Wacław Turski zawodowo zajmował wysokie stanowisko w jakieś instytucji. Witold Szumiło potwierdził, że był dyrektorem „Ruchu”. Następnie opowiedział następującą historię. W latach 1956–1971 I sekretarzem  Komitetu Wojewódzkiego w Rzeszowie był Władysław Kruczek, który pewnego razu zaprosił Wacława Turskiego do domu w celu rozegrania partyjki szachów. Wygrał oczywiście prezes. Wacław Turski pochwalił się tym wydarzeniem i sprawa stała się dość głośna w mieście. Pewnego razu został wezwany w pewne miejsce, gdzie otrzymał odpowiednią reprymendę. Takie to były wtedy czasy!

 

 

 

 

 

 

mar
27

  Nie ulega kwestii, że wyjątkowość tego konklawe wynikała z faktu abdykacji poprzednika na tronie Piotrowym. Okres oczekiwań i spekulacji wywołanych tą historyczną elekcją mamy już za sobą, a przecież tak niedawno „The Catholic Weekly” ( 24 luty br) zamieścił zdjęcia dwunastu kardynałów – „Twelve cardinals to watch” –  tzw. papabili czyli uważanych za najbardziej bliskich uzyskania papieskiej tiary. Nie było wśród nich kardynała Jorge Bergoglio. Dwunastkę faworytów otwierał węgierski kardynał Peter Erdo ( zaledwie 60-letni), a dalej w kolejności szli: wybitny teolog i kardynał z Quebec’u – 68-letni Marc Ouellet, następnie inny kardynał z Argentyny – Leonardo Sandri ( 69 lat, zatem młodszy od wybranego!), który był nuncjuszem Watykanu w Wenezueli i w Meksyku, a ze szczególna troską patrzy na pogarszający się los chrześcijan na Bliskim Wschodzie. Dalej kardynał z Filipin – Luis Tagle, zaledwie 55-letni, potem Peter Turkson, kardynał z Ghany. Afisze z jego podobizną rozlepiał ktoś na ulicach Rzymu, być może taką reklamą odebrano mu szanse? Był też Robert Sarah, 67-letni kardynał z Gwinei. Z Ameryki Łacińskiej byli ponadto 70-letni Oscar Rodriguez Maradiaga, kardynał z Hondurasu, oraz 63-letni Odilo Scherer, kardynał brazylijski z niemieckich przodków, a zatem nie mający chyba  szans po Ratzingerze. Był też kardynał z USA, 63-letni Timothy Dolan. I wreszcie dwaj Włosi :  71-letni Angelo Scola z Mediolanu, uważany za wielkiego faworyta, i 70-letni Gianfranco Ravasi, przewodniczący Papieskiej Rady Kultury, odpowiedzialny też za dialog z niewierzącymi.

      Jorge Mario Bergoglio pokonał dwunastu faworytów, w tym młodszego kandydata z Argentyny, który też z włoskiej rodziny pochodzi i dwanaście lat pracował w Watykanie. Czy podczas konklawe kardynałowie przypomnieli sobie słowa Jana Pawła II, że świat oczekuje drugiego Św.Franciszka! ?  Kościół dla ubogich! – pierwsze przesłanie nowego papieża wraz z wyborem imienia ściśle się łączy, a w latach szalejącego kryzysu brzmi jak nadzieja, chociaż panaceum  powinno przyjść od rządów suwerennych państw, jeżeli unijny kolektyw nie potrafi wyleczyć nas z kryzysu. W tym wszystkim musimy jednak pamiętać, że akcentowanie losu ubogich przez papieża Franciszka nie jest czymś nowym: rola charytatywna Kościoła  znana jest od wieków. I nie tylko Św.Franciszek z Asyżu jest tu przykładem. Wspomnijmy tu tylko Św.Wincentego de Paul, tak dobrze znanego nam na antypodach z sieci sklepików, gdzie za prawie grosze możemy kupić różności – od koszuli, ubrań i talerzy po obrazy i CD z rzadkimi nagraniami. St.Vicent de Paul ( 1581- 1660) zakładał bractwa miłosierdzia, szpitale, pomagał żebrakom a jego fundacje dla ubogich ( wspierali je możni, a zwłaszcza  rodzina de Gondi ) były niczym „państwo opiekuńcze” we Francji. Louise de Marillac pomogła mu stworzyć kongregację sióstr opiekujących się kobietami. W r.1632 przekształcił dawnych szpital dla trędowatych w największy ośrodek pomocy dla biednych. Przykładów można by mnożyć, bo w każdym kraju katolickim istniały instytucje charytatywne, także w Rzeczypospolitej. W Madrycie działa kilka stołówek dla ubogich i uchodźców prowadzonych przez Kościół, sam jadałem tam w latach 80-tych, a jedna z nich istnieje od XVI-tego wieku. I trzeba o tym mówić, by wrogowie katolicyzmu nie próbowali perorować, że Kościół obudził się dla ubogich  dopiero teraz z papieżem Franciszkiem, który właśnie dlatego mógłby też przypomnieć swoich prekursorów.

     Szczególnie cieszy, że nowy papież wywodzi się z zakonu jezuitów, tak skrzywdzonych przez ślepą Historię i „filozofów” Oświecenia, a najbardziej przez władców Portugalii i Hiszpanii. Albowiem wielką „winą” jezuitów było to, ze Indian traktowali jako ludzi o duszach godnych zbawienia, podczas gdy wlaściciele majątków w koloniach Ameryki widzieli w nich wyłącznie siłę roboczą. I stracili ją, ponieważ Indianie woleli żyć na terenie misji prowadzonych przez jezuitów na ziemiach dzisiejszego Paragwaju i Urugwaju. W tej idealnej republice Indianie śpiewali w chórach przykościelnych, też pracując, ale była to praca dla wspólnego dobra tego bożego państwa. Podobnie było w Brazylii. Właściciele ziemscy słali więc fałszywe raporty do władców Hiszpanii, Portugalii, a także do Rzymu pełne kalumnii o jezuitach.  Papież Klemens XIII ( 1758-1769)  bronił zakonu, jednak w Lizbonie wszechwładny minister Pombal  dekretem w 1759 ogłosił konfiskatę dóbr jezuitów, skazując ich na wygnanie z kolonii portugalskich i z samej Portugalii. Podobny dekret wydał w r.1767 król hiszpański Karol III, była to wojna władzy świeckiej z Zakonem tak zasłużonym dla Kościoła i ludzkości, mającym swoje misje na całym świecie od Brazylii, Peru, Quebec po Filipiny czy Japonię. Na misje w Paragwaju ruszyło wojsko z armatami, przemocą zniszczono idealne państwo, a jezuitów, którzy przeżyli najazd, ładowano na okręty do Europy. Obszarnicy potrzebowali siły roboczej, nic innego się nie liczyło. Była to bezlitosna represja świata materialnego – wypadek bez precedensu w dziejach – która likwidowała uduchowiony projekt jezuitów. Lata temu nakręcono film o tej straszliwej zbrodni, „Mision”, a być może papież Franciszek wyniesie na ołtarze ofiary tej masakry ?

     Pod presją  i w obliczu zniesienia jezuitów w Ameryce  Klemens XIV wydał w 1770 dekret kasaty Zakonu, jezuici przetrwali jednak w Polsce pod zaborami, w Austrii czy w Niemczech, a w r.1814 Pius VII  szczęśliwie odwołał akt kasaty tego zakonu tak zasłużonego również na polu edukacji.

    Prezydent Włoch Giorgio Napolitano powitał z radością wybór kardynała Bergoglio: „…wspaniałe dziedzictwo moralne i kulturalne katolicyzmu jest nierozerwalnie związane z naszą historią dwu tysięcy lat i z wartościami moralnymi, z którymi Italia się utożsamia”. Otóż to, to nie Kościół powinien się zmieniać, bo któż wtedy stanie na straży tych wartości ? Świat degeneruje się z dekady na dekadę, relatywizm dokonał spustoszeń w skali wartości i tolerowane ( czy to nie wystarczy?) dewiacje pretendują do rangi normalności, a niektóre przestępstwa mają się stać wykroczeniami ( jak tuskowy projekt uznania kradzieży do sumy tysiąca zlotych za tylko wykroczenie – to zachęta do napadów w biały dzień!). Świat się gwałtownie psuje i chce chyba pociągnąć Kościół do wspólnego bagna, a nawet pewne lobby uparcie nad tym pracują. I występują nieraz pod etykietką „watykanistów”, naturalnie z instytutów nie mających nic wspólnego z Watykanem,  przekonując jak to rzekomo Kościół potrzebuje reformy. Tymczasem jeśli ktoś ma się zmieniać, a zwłaszcza leczyć to właśnie świat, który pozbawiony dekalogu jest jak statek dryfujący bez busoli. I tonie z balastem korupcji, ludobójstw, nieosądzonych gwałtów i zamachów, a także legalizowanych perwersji. Dlatego nie traktujmy poważnie zarzutów, że Kościół jest opoką konserwatyzmu i powinien ulec jakiejś „modernizacji” – poza może retuszami stylu – bo przecież nie może zaprzeczyć swej esencji i przykazaniom, które tak bardzo irytują relatywistów, ateistów i wrogów Ducha Świętego.Amen.

                                                                                     Marek Baterowicz