Archiwum kategorii ‘Sylwetki’

lut
15

Autorem artykułu jest szachista z zamiłowania Marek Baterowicz.

///////////////////////////////

 ABDYKACJA

  Ogromnym zaskoczeniem dla świata była abdykacja Benedykta XVI, który 28 lutego o godzinie 8PM zakończy urzędowanie w Stolicy Apostolskiej.  Decyzję tę podjął po wielokrotnych rachunkach sumienia i rozmowach z Bogiem, co raczej wyklucza jakieś naciski na jego osobę w tej delikatnej materii. Sędziwy wiek i widoczna słabość dowodzą, że to istotnie stan jego kondycji, zwłaszcza fizycznej, jest powodem wycofania się do klasztoru. Można domyślać się też, że Benedykt XVI – nie mogąc podołać tylu obowiązkom – pragnie dla dobra Kościoła dać pole komuś młodszemu, kto sprawy nie cierpiące zwłoki doprowadzi do końca. On sam pewnie nie zdąży do końca lutego ukończyć swej encyliki o wierze, ale zapewne w zaciszu celi – a słuchając ukochanego Jana Sebastiana Bacha i Mozarta – da jej kształt ostateczny pod postacią książki.

    Jego abdykację porównywano w mediach do abdykacji papieża Grzegorza XII z 1415 roku, co jednak jest porówaniem chybionym. W historii nie ma ścisłych analogii, mimo często złudnych podobieństw. Abdykacja Grzegorza XII miała miejsce w czasach schizmy Kościoła, podzielonego jeszcze na dwie stolice apostolskie – w Awinionie i w Rzymie. Tak zwana „niewola awiniońska” trwała od roku 1309 do niemal końca XIV-tego wieku, dopiero w 1378 roku – po 75 latach wygnania w Avignon – odbyło się w Rzymie konklawe, które miało położyć kres tej sytuacji. Lud rzymski, by zapobiec prawie pewnemu wyborowi francuskiego kandydata  ( bo na 16 kardynałów aż 11 było rodem z Francji!), wtargnął do sali konklawe. Wybrano zatem arcybiskupa Bari Bartolomeo Prignano, który przyjął imię Urbana VI. Niestety, po kilku miesiącach trzynastu kardynałów wydało w Agnani oświadczenie, iż wyboru dokonano pod presją tłumu, co czyni elekcję nieważną. Sami jednakże swoją obecnością podczas ingresu 18 kwietnia uprawomocnili przecież wybór arcybiskupa Bari. W rzeczywistości zagrały tu interesy ultramontanów ( tzn. kardynałów francuskich), których poparło królestwo Neapolu i tam ( 20 września 1378 r. w Fondi) wybrano papieżem kuzyna króla Francji, kardynała Roberta. Przybrał imię Klemensa VII, a wkrótce wybrał Avignon na miejsce kurii. Odtąd świat katolicki podzielił się na dwa wrogie obozy: urbanistów i klementystów. Zwierzchność Urbana VI ( a stała za nim zawsze Św.Katarzyna ze Sieny) uznawały Włochy północne i środkowe, Angla, Węgry, Niemcy pólnocne i kraje skandynawskie. Natomiast za Klemensem VII opowiedziała się oczywiście Francja, królestwo Neapolu, Sabaudia, królestwa półwyspu iberyjskiego, Sycylia, Szkocja i pewne obszary Niemiec. Stał za nim też słynny dominikanin kaznodzieja Vincent Ferrer, obie strony rzuciły na siebie klątwy, a zatem praktycznie cała chrześcijańska Europa została objęta ekskomuniką.

     Ten rozłam trwał od 1378 do 1417 roku, a zatem kiedy w 1415 roku ustąpił Grzegorz XII ( Angelo Corrario z weneckiej rodziny dożów)  abdykacja ta dotyczyła tylko połowy chrześcijaństwa, bo ostatni papież z linii awiniońskiej –  Hiszpan Pedro de Luna czyli Benedykt XIII  ( a następca Klemensa VII) był święcie przekonany, że to on jest jedynym legalnym papieżem, choć w r.1407 on i właśnie Grzegorz XII rozważali ewentualność wspólnej abdykacji, by skończyć ze schizmą. Nie doszło do tego z wielu powodów, a zresztą ich ambicje i interesy okazały się sprzeczne, a król Neapolu wręcz odradził Grzegorzowi XII abdykację. Splot wielu okoliczności i układy we Włoszech także sprzyjały rozłamowi, co może oddadzą słowa papieża Pawła IV ( przełom XV/XVI wieku), który porównał Italię do instrumentu o czterech strunach, a były to jego zdaniem  Neapol, Mediolan, Kościół i Wenecja.

    Do abdykacji Grzegorza XII  ( liczył wtedy lat 90!)  doszło w końcu 4 lipca 1415 roku, lecz jego oponent – Benedykt XIII nadal niezłomnie trzymał się papieskiej tiary, choć musiał uchodzić z oblężonego Awinionu, gdyż monarchia francuska ostatecznie przestała popierać papieży z serii awiniońskiej. Benedykt XIII schronił się więc w murach byłego zamku templariuszy w Peniscola, w połowie drogi pomiędzy Barceloną a Walencją. Jest to piękne miasteczko średniowieczne, położone na maleńkim półwyspie, które warto zwiedzić , a zarysy zamku i całej Peniscola prezentują się okazale  najbardziej od strony morza, co można podziwiać z rowerów wodnych wypożyczanych na uroczej plaży. Zamek ten był rezydencją („hic est arca Dei”) ostatniego papieża z Awinionu, Benedykta XIII, a jego upór w obronie swej godności przeniknął nawet do języka hiszpańskiego w idiomie „se mantiene en su trece” ( trzyma się swojej trzynastki), co wyraża  czyjąś nieustępliwość. Benedykt XIII nie abdykował, zmarł na zamku w Peniscola w r. 1423, a nawet doprowadził do tego, że po jego zgonie wybrano tam jego następcę Klemensa VIII, który jednak nie odegrał już żadnej roli i abdykował w r.1429.

    A od r.1417 w Rzymie był już papież Marcin V ( Odo Colonna) , uznany przez całą Europę, choć jeszcze niedawno oprócz opozycji Rzym – Awinion byli i dwaj papieże z linii pizańskiej, wybrani na soborze w Pizie  ( czy piąta struna instrumentu??) w latach 1409/10, lecz praktycznie nie mieli wpływu na dzieje Kościoła.

      Wróćmy do Benedykta XVI, który wolę swej abdykacji ogłosił 11 lutego czyli w święto objawienia Matki Boskiej w Lourdes i w dniu chorego. Ma to wymiar symboliczny, a teraz papież-emeryt schroni się w murach klasztoru i biblioteki – jest przecież profesorem teologii i pragnie poświęcić się pisaniu. Wszystko to jest bardzo klarowne i przekonywujące. Dlatego dziwią trochę pogłoski, że abdykację Benedykta XVI wymusiła masoneria, której nie pasuje konserwatywny styl Ratzingera. Czy jednak te spekulacje są całkowicie bezzasadne ? W ubiegłym roku, 20 marca, w Watykanie odbyła się światowa premiera filmu „Cristiada”, filmu tępionego i blokowanego w kinach całej planety właśnie przez masonerię. „Cristiada” ( a jest to najdroższa produkcja w historii kina meksykańskiego z gwiazdorską obsadą ) przedstawia powstanie meksykańskich katolików w latach 1926-1929 przeciwko tyranii masońsko-liberalno-socjalistycznej. Oczywiście powstanie było obroną konieczną przeciwko brutalnym i krwawym represjom: mordowano i torturowano księży oraz ludzi świeckich, zamknięto kościoły, zakazano odprawiać msze. Dekrety rządu masonów zabraniały nosić medalików i krzyży, a także uczyć dzieci modlitwy i przykazań. Ta niesłychana agresja wobec religii wywołała więc  trzyletnią wojnę domową w Meksyku, a ostatecznie to masoneria musiała ustąpić i otworzyć kościoły. „Cristiada” jest filmem wstrząsającym, ukazuje ofiary bestialskich prześladowań, błogosławione potem przez Jana Pawła II. Niestety bojkot dystrybutorów filmowych nie dopuszcza tego obrazu do kin, można ujrzeć go na nielicznych DVD krążących po świecie. Po premierze w Watykanie producent „Cristiady” Pablo Jose Barroso pytał dlaczego film ma takie kłopoty z dystrybucją ? Odpowiedź wydaje się logiczna: lobby walczące z Kościołem dzisiaj chce utopić w oceanie niepamięci powstanie meksykańskich „cristeros”!

      Nasuwa się jednak pytanie czysto retoryczne: czy abdykacja Benedykta XVI nie jest zatem zemstą masonerii za premierę filmu, który demaskuje horror tamtych lat, spowodowany prześladowaniami religii ??  Wie o tym jedynie Duch Święty, nam pozostaje ufać słowom Ratzingera, któremu rzeczywiście brakuje sił do pełnienia obowiązków Pasterza na tylu kontynentach. Jego „addio storico” – jak czytamy w nagłówkach gazet włoskich – nie jest atoli pożegnaniem z nami, ani z Kościołem, ani ze światem: wróci do nas inną ścieżką i też z woli Boga.

                                                                                       Marek Baterowicz

lut
08

Szachista i dysydent Janusz Szpotański – Link 1 jest często wspominaną postacią na tym blogu, np. w artykule: Link 2 oraz w tamtejszych odnośnikach. Problemy które stały się udziałem m.in. „Szpota” oraz „Kisiela” czyli Stefana Kisielewskiego: Link 3 noszą nazwę „wydarzeń marcowych”, i są dobrze scharakteryzowane na różnych stronach internetowych, np.: Link 4, Link 5 oraz Link 6

Poniżej przedstawiam czytelnikom niniejszego blogu wyjątki z zapisu przemówienia towarzysza Władysława Gomułki, wygłoszone przez niego na spotkaniu z warszawskim aktywem partyjnym w pamiętnym marcu 1968 roku. Za pomocą obwódki zaznaczyłem fragmenty dotyczące „Kisiela” i „Szpota”. Jakość zamieszczonych obrazów nie jest najlepsza, gdyż są to skany z kserokopii.

New Picture

 

New Picture (1)

 

New Picture (2)

 

New Picture (3)

Krzysztof Kledzik

sty
25

New Picture (10)

Krzysztofa Pańczyka poznałem w czasie mojej pracy w Polskim Związku Szachowym w latach 1978-1981. Pełniłem wtedy funkcję trenera kadry. Krzysiek był dobrze zapowiadającym się zawodnikiem. Miał optymalnie opracowany repertuar debiutowy i wyróżniał się solidnym stylem gry. Dlatego powołałem go do kadry młodzieżowej.

W meczu reprezentacji młodzieżowych przeciwko NRD w Zakopanem pod koniec 1978 roku Krzysiek zdobył 2.5 z 4 partii. W pierwszej rundzie rozegrał świetną partię przeciwko Schurade. Opublikowałem ją w miesięczniku Szachy (2-1979). Kombinacja po 21.Ha8!! była później przedrukowywana przez wiele pism szachowych w świecie.

Panczyk1

W pewnym momencie Krzysztof wycofał się z czynnej gry turniejowej i zajął się pracą trenerską oraz działalnością publicystyczną. Jest autorem kilku książek, które ukazały się w Anglii. Od wielu lat współpracuje z Jackiem Ilczukiem, z którym pisze fachowe artykuły z teorii debiutów dla znanego holenderskiego kwartalnika New in Chess.

Dziwi mnie, że Krzysztof Pańczyk nie znalazł miejsca wśród kadry trenerskiej Młodzieżowej Akademii Szkoleniowej, mimo że kiedyś wyraził gotowość takiej współpracy.

Szkoleniowcy MASZ nie akceptują jednak sytuacji, gdy ktoś wyróżnia się jakimiś osiągnięciami, którymi oni nie mogą się sami wykazać. Dla Krzysztofa Pańczyka nie ma więc miejsca w centralnym szkoleniu polskiej młodzieży.

Krzysiek ma swoje spojrzenie na rozwój szachów wyczynowych w Polsce. Załączam fragment jego koncepcji organizacji pionu szkoleniowego i plan działania na najbliższe lata. Całość jest opublikowana na mojej stronie-Link.

Jest tam też przedstawiona sylwetka Krzysztofa, jego działalność na rzecz szachów oraz zbiór jego partii. Zapraszam!

Koncepcja organizacji pionu szkoleniowego i plan działania na najbliższe lata 

(Większość tekstu powstała w 2010 roku.)

Organizacja Pionu Szkoleniowego

Struktura pionu szkolenia wymaga uściślenia lub reorganizacji, gdyż jest w niektórych punktach niejasna. W dostępnych na stronie internetowej dokumentach PZSzach pojęcie pionu szkoleniowego właściwie nie istnieje, jakkolwiek można się domyślać, że znajduje się on gdzieś pomiędzy pionem sportowym a młodzieżowym, wymienionych w Regulaminie Zarządu PZSzach. Inne federacje, np. Polski Związek Piłki Nożnej, Polski Związek Piłki Siatkowej, Polski Związek Piłki Ręcznej, posiadają odrębne piony szkoleniowe. Sprawa ta jest warta przedyskutowania. Wymaga to przeanalizowania struktur innych polskich związków sportowych oraz federacji szachowych w innych krajach, zwłaszcza tych, które liczą się w świecie.

Rola Szefa Wyszkolenia w ww. dokumentach nie jest sprecyzowana. Nie ma tam ani słowa na temat jakichkolwiek jego uprawnień (nawet regulaminy powoływania kadry nie wspominają nic o jakiejkolwiek jego roli, choćby doradczej), czy o osobach mu podległych. Taką sytuacje uważam za absolutnie niewłaściwą.

Trenerzy zatrudnieni w Związku powinni podlegać Szefowi Wyszkolenia. Obowiązki sprawozdawcze (poza sportowymi) oraz organizacja wyjazdów powinny być przeniesione na innych pracowników administracyjnych biura. W przeciwnym wypadku stanie się on zwykłym urzędnikiem i nie będzie miał czasu na pracę koncepcyjną oraz kontakt z zawodnikami i trenerami oraz krótkie wyjazdy na turnieje szachowe.

Należałoby również poddać pod dyskusję obowiązujący regulamin powoływania drużyny olimpijskiej oraz reprezentacji na najważniejsze turnieje. W piłce nożnej, ręcznej, czy siatkówce o składzie drużyny narodowej decyduje trener, nieprzypadkowo nazywany selekcjonerem, który jest zwykle zatrudniany na kilkuletni kontrakt. W tym czasie odpowiada on za przygotowanie i wyniki reprezentacji, i jest z nich później rozliczany. Zarząd określa głównie cele, jakie chce osiągnąć oraz daje trenerowi odpowiednie środki. Podobne, jak mi się wydaje, oczywiste i zdrowe zasady powinny funkcjonować w Polskim Związku Szachowym. Decyzje podejmowane jednoosobowo (co nie oznacza, że bez konsultacji) są z reguły lepsze i bardziej sprawiedliwe od podejmowanych w grupie, gdyż w tym drugim wypadku rozmywa się odpowiedzialność i często dochodzą do głosu partykularne interesy. Istnieją na ten temat dobre opracowania psychologiczne np. Loubiera czy Webera. Etatowym trenerem powinien być szachista, który nie ma ambicji szachowych jako zawodnik. Nie może on być bowiem konkurentem dla swoich podopiecznych. Przykładem może być tu Dworecki, który w wieku 27 lat zrezygnował z obiecującej kariery szachowej, aby szkolić młodzież.

Szef Wyszkolenia powinien pełnić istotną funkcję doradczą we wszystkich wspomnianych tu sprawach.

 Struktura Szkolenia

Opis struktury szkolenia z konieczności musi być dość ogólny, gdyż nie posiadam dokładnych informacji o posiadanych środkach.

 1.       Organizacja kursów trenerskich i instruktorskich.

Od jakości ilości trenerów oraz instruktorów będzie zależał poziom szkolenia, począwszy od etapów początkowych. Od prawidłowej realizacji tego punktu zależeć będzie powodzenie następnych. Należy dążyć do minimalizacji kosztów tych kursów.

W ostatnich latach zorganizowano kursy i konferencje, na których trenerzy dzielą się swoimi doświadczeniami szkoleniowymi oraz przekazują wiele cennych uwag metodycznych. Jest to niewątpliwie bardzo cenna inicjatywa. Dotyczy ona jednak zasadniczo szkolenia na poziomie od elementarnego do średnio zaawansowanego. Tymczasem istnieje również potrzeba szkolenia trenerów prowadzących zajęcia na znacznie wyższym poziomie. Od dawna nie było na przykład kursu na I klasę trenerską.

Metodyka pracy z kandydatami na przyszłych mistrzów i zawodnikami czołówki jest zupełnie inna niż z amatorami. Trzeba się przyjrzeć, jak te problemy są rozwiązywane w innych krajach. W Internecie można znaleźć wiele ciekawych materiałów: wywiady, artykuły, filmy na youtube, które częściowo pokazują metody pracy naszych rywali. Na przykład wywiad z arcymistrzem Zwiagincewem dostarcza wielu informacji o pracy w szkole Dworeckiego-Jusupowa. Mówi między innymi o naborze do szkoły, obowiązkowych analizach sześciu własnych partii (głównie przegranych) na sesję i odsiewie po każdej sesji. Celowe wydaje się też zapraszanie doświadczonych trenerów zagranicznych na takie szkolenia. Taki trener z oczywistych względów nigdy nie będzie całkowicie pewnym współpracownikiem w przygotowaniu debiutowym zawodników, ale może być bardzo pożyteczny jako metodyk…

 

 

 

 

sty
11

Baranowski

Na mojej stronie przedstawiam sylwetkę czołowego szachisty w Polsce w grze korespondencyjnej  Tadeusza Baranowskiego.

Blog Tadeusza Baranowskiego

gru
03

Przedstawiając na mojej stronie sylwetkę Zbigniewa Janickiego zamieściłem fotografię z tekstem:

21 marca 1965 roku przed dworcem kolejowym w Chojnicach tuż przed wyjazdem na kolejny mecz do Tucholi. Od lewej strony stoją: Janicki, Heliasz, Wiśniewski, Bratoszewski, Zofia Jagodzińska, Jagodziński, Chybicki i Konikowski.

Zdjęcie zostało wykonane przed 47 latami. Nie żyją już: Heliasz, Wiśniewski i Chybicki. Niewiadomo co jest z Jerzym Bratoszewskim. Najpierw był sędzią Sądu Wojewódzkiego w Bydgoszczy. Potem pełnił tę funkcję w Warszawie. Widziałem go po raz ostatni w 1980 roku w Warszawie w Ośrodku Sportowym Hutnika. Grał w brydża, dla którego rzucił szachy. Jego dalsze losy są mnie nieznane.

 ///////////////////

Ostatnio otrzymałem e-mail od p.Marcina Zimermana w tej sprawie informujący, że Jerzy Bratoszewski żyje i gra dalej w brydża w drużynie z Raszyna i posiada w tej dyscyplinie tytuł mistrza międzynarodowego (aczkolwiek tytuły w brydżu są inne niż w szachach i jest to w przełożeniu na naszą dyscyplinę mniej więcej 1+ kategoria).

Tutaj jego profil na „cezarze”, odpowiedniku naszego CR .

 Jerzy Bratoszewski (zdjęcie ze zbiorów Andrzeja Filipowcza)

Jerzy Bratoszewski był ciekawą postacią. Graliśmy przez kilka lat w klubie OKO Caissa Bydgoszcz. Wiele się od niego nauczyłem, szczególnie końcówek wieżowych. W tym zagadnieniu był naprawdę specjalistą.

W 1963 roku odłożyłem na turnieju w Augustowie skomplikowaną końcówkę wieżową z pionkiem więcej z Krzysztofem Pytlem. Będący na turnieju Stanisław Gawlikowski – autor książki o końcówkach wieżowych – ocenił pozycję  jako remisową. Bratoszewski uważał, że mam praktyczne szanse na wygraną. W czasie analizy pokazał mi kilka wygrywających planów i jeden z nich zrealizowałem.

W tym samym turnieju miałem jeszcze jedną wieżówkę z Miśkowiczem z Poznania. Tym razem pozycja była dla mnie trudna. W czasie analizy odłożonej partii Bratoszewski ocenił, że są realne szanse na remis. W pewnym krytycznym momencie poradził: graj Wa3-h3 i z powrotem. Jak zobaczysz zdziwioną minę przeciwnika, to zaproponuj natychmiast remis. Tak zrobiłem i przeciwnik zaakceptował moją propozycję, mimo że miał dalej szanse na wygraną. To był chwyt psychologiczny!

Jerzy Bratoszewski był zapalonym brydżystą. W naszej drużynie było kilku sympatyków tej karcianej gry. Na turniejach każdą wolną chwilę wykorzystywali na partyjki brydżowe. Pamiętam taką scenę z podróży na jakieś rozgrywki drużynowe. W przedziale szybko zorganizowano czwórkę do gry, jako stół służyła moja walizka. Po kilku godzinach jazdy pociąg wjechał na jakąś stację i zorientowałem się, że to nasz cel podróży. Krzyknąłem: Jesteśmy na miejscu! Każdy z grających złapał swój bagaż, ale kart nie wypuścili z rąk. Kiedy wszyscy znaleźliśmy się na peronie, ktoś rozkazał: Junior stół! Ja trzymałem w powietrzu moją walizkę i gracze mogli skończyć ze spokojem swoją gierkę. Oczywiście wywołało to duże rozbawienie podróżnych na peronie.

Po wyjeździe do stolicy Jerzy Bratoszewski przestał grać w szachy na rzecz brydża. Zresztą w Bydgoszczy często podkreślał, że turnieje szachowe są dla niego uciążliwe i kosztują wiele czasu i urlopu. Tymczasem rozgrywki brydżowe są krótkie i można je rozgrywać w weekendy.

lis
09

   Zaskakującą nagrodę pokojową Nobla dla Unii Europejskiej tłumaczy chyba kryzys, a zatem werdykt w Oslo próbuje ocalić prestiż Brukseli w trudnym okresie destabilizacji i to nie tylko jej waluty, lecz również proponowanych wartości. A zupełnie fantastycznie brzmi uzasadnienie jury, które głosi, że Unia „pomogła przekształcić większość Europy z kontynentu wojen na kontynent pokoju”.  Jest to bajka propagandowa, która nie ma podstaw a rozszerzenie ciągłości UE do lat sześdziesięciu (!?) czyli do jej zalążku pod postacia Wspólnoty Węgla i Stali jest wielkim nadużyciem. Obecny kształt Unia Europejska zawdzięcza dopiero traktatom z Maastricht i Lizbony, a dziś jeszcze wiele krajów posługuje się własną walutą, odrzucając „korzyści” płynące ze wspólnej monety.  Norweski komitet nie składa się z ludzi naiwnych, lecz politycznie przezornych, ponieważ nagroda ma być przypomnieniem tego, co zostałoby utracone, „jeśli UE pozwolono by upaść”.  A jednak i ta przestroga nie ma racji bytu, albowiem zanik wojen na starym kontynencie nie jest zasługą Unii Europejskiej. Narody europejskie po prostu wypaliły się militarnie, może poza krajami byłej Jugosławii, które dopiero po zgonie Tito mogły egzekwować swoje narodowe dążenia  i strącić serbską dominację. Stan zamrożenia etnicznych aspiracji w tej części Europy wynikał dawniej z tureckiej ekspansji na Bałkany,  potem z ram monarchii i wreszcie z małego „imperium” Serbów, zresztą niechętnie tolerowanego przez Stalina, który słał najemników z misją sprzątnięcia Tito. Próby te skutecznie likwidowała sprawna ochrona Serbów, a ustały natychmiast po telegramie wysłanym do Stalina tej oto treści: „ Jeśli nie przestaniesz przysyłać zamachowców, to ja tobie wyślę swoich – raz a dobrze. Tito”.

    Narody Europy wypalały się militarnie nieraz w dość zamierzchłych czasach – np. Szkoci w wieku XIII i XIV w walkach jeszcze zwycięskich z Anglikami, kiedy William Wallace  pokonał ich pod Stirling ( 1297) a potem Robert Bruce w bitwie pod Bannockburn (1314). Ostatecznie Szkoci wypalili się w krwawej bitwie pod Flodden w 1513, rozbici przez Anglików. W tym samym prawie czasie, bo w r.1514, siły polsko-litewskie pod wodzą księcia Ostrogskiego zniosły czterokrotnie silniejsze wojsko cara Wasyla. Do wypalenia było nam daleko! A Holendrom ( czy jak kto woli Flamandom)  bardzo zależało, by pozbyć się Hiszpanów, co osiągnęli w wieku XVI-tym, jednak po trzech dopiero powstaniach, wykorzystując w końcu bankructwo Filipa II zajętego też wojną z Turkami ( Lepanto, 1571). Ostatecznie Holendrzy wypalili się później w konfliktach z Anglią, a  Czesi w bitwie pod Białą Górą w r. 1620. Jaki byłby jednak wynik tej bitwy, gdyby prohabsburski ZygmuntIII Waza nie pozwolił cesarzowi werbować lisowczyków ? W tym samym roku Lwów odparł najazd Tatarów, nawet ojcowie bernardyni władali muszkietami!  Duńczycy osłabli  w wieku XVII, skoro ratować ich musiał korpus Czarnieckiego! O tej wyprawie ślicznie pisze w swych pamiętnikach imć Pasek. Szwecja wypaliła się w bitwie pod Połtawą w r.1709, grzebiąc przy okazji nadzieje nasze i Ukrainy. Francja wypaliła się ostatecznie pod Berezyną, Lipskiem, Sedanem i w okopach I wojny światowej i dlatego potem usiłowała daremnie ukryć się za linią Maginota. Anglicy i Polacy wypalili się pod Tobrukiem, także w gruzach Waszawy i w powstaniu antysowieckim, a Niemcy w ruinach Berlina. A Hiszpanie w latach swej wojny domowej, generał Franco odmówił też Hitlerowi przemarszu wojsk na brytyjski Gibraltar. Wysłał na front wschodni zaledwie dywizję ochotników, tym samym pozbywając się sprytnie elementów o sympatiach faszystowskich. Militarnie może nie wypalili się jedynie Szwajcarzy, dając nieraz dowody męstwa jak np. w bitwie pod Morgarten ( 1315), kiedy to chłopi z kantonów odparli jazdę austriacką dowodzoną przez Leopolda I. Dopiero rewolucyjna Francja utarła nosa  góralom.  Ale czy dzisiaj ktoś ich ruszy w alpejskich redutach ?

    W tym obrazie spacyfikowanej Europy nie ma już miejsca na militarne konflikty, nawet po ewentualnym rozpadzie Unii. Kraje europejskie zajmą się wtedy rekonstrukcją własnych państwowości, wszelkie wojenki byłyby bowiem przeszkodą w tym zbożnym celu. Niechże więc minister Rostowski nie straszy nas wojną po ewentualnym rozpadzie UE! Przekonano się już, że wojny na naszym podwórku nie prowadzą do niczego, nawet jeśli trwały sto lat albo trzydzieści! Tę wojnę 30-letnią pewni historycy , zwłaszcza hiszpańscy, łączą w konfliktem o Flandrię a wtedy określają ją jako wojnę 80-letnią ( 1568-1548 ). Uff, walczono w tej naszej Europie do upadłego…

    W dużym skrócie ujrzeliśmy jak  nasz stary kontynent, wypalając się militarnie w tylu wojnach, dojrzewał do pokoju. Nie było w tym żadnych zasług Unii Europejskiej, o której nawet nikt wtedy nie śnił. Inną też sprawą jest i to, że przyznanie nagrody organizacji łamie zalecenia testamentu Nobla, bo ową nagrodę przeznaczył on osobom, „orędownikom pokoju”. Pisano już o tym w wielu periodykach i witrynach,   Tegoroczna nagroda w Oslo budzi wiele kontrowersji, bardziej jeszcze niż nagroda przyznana prezydentowi Obamie z przyczyn dosyć enigmatycznych, bo przecież mało merytorycznych. Wręczenie czeku laureatom nastąpi 10 grudnia, ale czy suma ta uratuje Unię Europejską przed bankructwem ?

   Z kolei tegoroczna nagroda literacka Nobla jest skandalem moralnym, bo wyróżniono tu pisarza tolerowanego przez komunistyczny reżim Chin, podczas gdy tylu innych pisarzy i dysydentów ten sam reżim trzyma za kratami. Komitet noblowski składa się może z dawnych zwolenników Mao i tzw. kulturalnej rewolucji ? Sztukę i literaturę, niezgodną z linią partii, niszczono bezwzględnie, a także zabytki świetnej przeszłości Chin. Komuniści zgładzili około 80 milionów istnień, dzisiaj jeszcze trwają represje wobec członków ruchu Falun Gong, tępionego przez CCP ( Komunistyczną Partię Chin), a w r.1999 uznanego za „wroga klasowego”. W mediach spotyka się też wzmianki o handlu organami ludzkimi, wyjętymi z ciał ofiar jak czytamy np. w „The Epoch Times” ( 31.X.2012). Atoli podczas debaty Obamy z Romney’em ( 22 października br) ani jednym słowem nie skomentowano problemu praw człowieka w Chinach, chociaż obaj protagoniści przez około osiem minut mówili o chińskich sprawach. Ta zmowa milczenia ma szerszy zasięg, bo i politycy europejscy czy australijscy również unikają tego tematu. Po prostu nie opłaca im się podnosić kwestii Tybetu czy Falun Gong, jeśli mogą na tym ucierpieć rozmowy o byznesie.

     Pocieszą nas za to maksymy starożytnych Chińczyków jak ta myśl z epoki Han : „Zbyt stromy mur musi runąć. Zbyt wyniosły brzeg musi się zawalić”.  Myślą ową pocieszałem się jeszcze w latach PRL-u nie wiedząc, że w nowej Polsce pewne siły zbudują nowy mur, mur kłamstwa i fałszu, byle ukryć smoleńską zbrodnię popełnioną w majestacie bezkarności służb specjalnych. I nie jest to już tylko chaos wartości, lecz cyniczna gra pretorianów układu, który od dwóch lat usiłuje ukryć dowody zamachu. Nadal giną świadkowie „katastrofy” lub eksperci krytykujący raporty Anodiny i Millera, trwa seria tajemniczych „samobójstw” ( bez listów pożegnalnych!) , a  rzecznicy prokuratury występują z wyuczoną lekcją o braku śladów osób trzecich. Oczywiście nie są to ludzie sumienia, o których prosił Jan Paweł II. Ale cierpliwości, kłamstwo katyńskie też miało okres reżimowej „prosperity”, aż prawda wyszła na jaw oficjalnie, nawet ze strony Kremla. A jak pisał poeta Wojciech Bąk, zamęczony w latach stalinizmu:

         „Co zostało ukryte, zostanie odkryte –

          To mówi wiatr, więc jakże mógłbym wątpić o tym.

          Po nocy zawsze światło wstanie nagim świtem.

          A noc jest tajemnicą – a świt prawdą złoty…”

 Nie traćmy zatem nadziei, wprost przeciwnie – wiadomo, że szydło zwykle wychodzi z worka, nawet jeśli ten worek był made in USRR.

 Marek Baterowicz

paź
31

Zdjęcie z 1984 roku

Maja Cziburdanidze (ur. 17 stycznia 1961 w Kutaisi) podtrzymała dominację Gruzinek w szachowej elicie i przez trzynaście lat (1978-1991) była niepokonaną mistrzynią świata.

Maję Cziburdanidze poznałem osobiście na turnieju w Dortmundzie w 1983 roku

paź
29

Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”

Danuta Siedzikówna „Inka”

W Klubie Polskim w Ashfield ujrzeliśmy ( 14.X.br) długo oczekiwany w Sydney film o bohaterskiej Ince, sanitariuszce z oddziału majora Zygmunta Szendzielarza – „Łupaszki”. Oddział ten znany jako Wileńska Brygada Śmierci dał się mocno we znaki siłom sowiecko-„polskim”, które niosły na bagnetach i czołgach dyktat rodzącego się imperium ZSRR. Powstawało ono dzięki hojnym, a całkowicie niepotrzebnym, koncesjom udzielonym Stalinowi w Teheranie i Jałcie. Rosjanie dostali tak potężną pomoc ze strony USA w czasie wojny, że wszelkie dodatkowe akty szczodrości Zachodu były po prostu kaprysem umysłów zbłąkanych, jeśli nie obłąkanych. Film pt. „Inka 46” zrealizowano w Polsce, we współpracy z TV, stąd poza emisją w telewizji nie trafił na ekrany kin. Porusza przecież zbrodnię, dokonaną przez Urząd Bezpieczeństwa, a pracowników tego resortu objęto ochroną przy okrąlym stole. Nikt więc  nie odpowiedział za katowanie i rozstrzelanie 17-letniej Inki z Armii Krajowej, sieroty. Rodzice jej zginęli w latach wojny. Reżyserką filmu jest Natalia Koryncka-Gruz, a tytułową rolę odtwarza Karolina Kominek-Skuriatowicz. W filmie wystąpił też znany sydnejski aktor Lech Mackiewicz, w roli pracownika IPN-u, który w dialogu z panienką z TV przedstawia tragiczną historię życia Inki. Emisję filmu w Sydney zawdzięczamy inicjatywie Związku Więźniów Politycznych Stanu Wojennego oraz „Naszej Polonii”, a spotkanie w klubie prowadził pan prezes Hubert Błaszczyk.  Film ten zamierzano wyświetlić wcześniej, jednak trwały bezowocne próby nawiązania kontaktu z Lechem Mackiewiczem, by zaprosić go na projekcję. Niestety, jest on już tak słynnym aktorem, że stale krąży między Polską a antypodami, a to nie ułatwia z nim porozumienia. W filmie o Ince Mackiewicz stworzył kreację czystą, a jego powściągliwa gra kontrastuje świetnie z buńczuczną reporterką, zdradzającą w dodatku historyczny infantylizm, a nawet peerelowskie nastawienie wobec bohaterki z Armii Krajowej.

     Oczywiście w filmie dominuje kreacja właśnie Inki, stając się symboliczną rolą, obrazującą zniewolenie Polski po drugiej wojnie światowej. Proces zniewalania rozpoczął się już w momencie wkraczania Armii Czerwonej na kresy, w likwidowaniu oddziałów AK – podstępem i przemocą. W oswobodzeniu Wilna ( 13 lipca 1944) siły AK współdziałały z Rosjanami, a zatem oficerowie  przyjęli zaproszenie na wspólną kolację, z której żaden z nich już nie wrócił. A żołnierzy AK zgromadzonych na skraju Puszczy Rudnickiej otoczono dając im propozycję wstąpienia do armii Berlinga. Po odmowie zesłano ich do obozów w głębi Rosji. Podobny scenariusz ( 27 lipca ) miał miejsce przy wyzwalaniu Lwowa. Po tych doświadczeniach dowództwo AK w stolicy miało jeszcze nadzieje na współdziałanie Armii Czerwonej z Armią Krajową w „wyzwalaniu” Warszawy ? Oczywiście po upadku Powstania Rosjanie zarządzili ewakuację stolicy ( tzn. zajętej przez nich części miasta), a mężczyzn między 14 a 60 rokiem życia wysyłali na Sybir. Prawdziwe piekło dla ludności niosły formacje NKWD, potem w kooperacji z UB, które otaczały nocą wioski, atakując o świcie albo podczas odpustów. Pojmanych mężczyzn wywożono na wschód, katowano gdy odmawiali wstąpienia do dywizji Berlinga. Opornych też rozstrzeliwano. Branki te miały na celu odebranie potencjału Armii Krajowej, a łapanki urządzano też w miastach.np. w Krakowie, skąd wywieziono 3 tys.60 mężczyzn po akcjach 5 lutego i 11 kwietnia 1945 roku. Obławy te równiez zasilały siły podziemia w lasach, dokąd uciekano przed branką. Znacznie więcej o tych tragicznych czasach pisze Bohdan Urbankowski w szeroko udokumentowanym dziele pod tytułem „Czerwona msza czyli uśmiech Stalina”  ( W-wa, wyd.Penelopa, 2 tomy), która miała już trzy wydania. Lektura tych obu tomów w znaczący sposób daje nam wiedzę o tym okresie dziejów, o którym milczy większość historyków – siedzących „na płocie” albo bojących się tematu.

    Film o Ince jest ważnym, choć raczej fabularnym uzupełnieniem „Czerwonej mszy”, zarazem opartym ścisle na faktach a niekiedy posiadającym cechy dokumentu, gdy na ekranie pojawiają się stare zdjęcia z tamtych lat. Polowania na patriotów, wstrząsające sceny bicia i torturowania Inki, przeplatane perswazjami śledczych – wszystko to mocno oddaje reżyseria filmu, ukazując bez retuszów zniewalanie Polski przez Sowietów z pomocą renegatów czy komunistów. Wydaje się, że arcybiskup Józef Michalik nie oglądał tego filmu, nie czytał też „Czerwonej mszy”, albowiem w przesłaniu podpisanym z Cyrylem przeoczył  następujące zdanie: „ Naród polski i rosyjski łączy doświadczenie II wojny światowej i okres represji wywołanych przez reżimy totalitarne”.  Nie jest bowiem prawdą, że „łączy” nas to doświadczenie, ale zdecydowanie dzieli. Sowieckiej inwazji 17 września, masowych mordów i deportacji na Sybir nigdy nie można zmieścić w kategorii wydarzeń, które by nas łączyły. Także likwidacji AK-owców, gwałtów i rzezi podczas „wyzwalania” Polski.  Do pewnego stopnia można natomiast przyjąć, że łączy nas okres represji wywołanych przez reżimy totalitarne, ale i tu z dużym zastrzeżeniem: ów totalitarny reżim narzuciła nam Moskwa, a represje stosował aparat bezpieczeństwa wyszkolony na terenie ZSRR, często z pomocą oficerów i politruków przysłanych przez Stalina. Sądy „na kółkach” siały postrach w całej Polsce, wydając wyroki śmierci nawet na gimnazjalistów. Dziś władze szwedzkie nie chcą wydać Srefana Michnika, jednego z takich „sądowych” morderców. Obok tysięcy pomordowanych i deportowanych w okresie stalinizmu liczba więźniów politycznych sięgała 100 tysięcy jak czytamy w „Historii Polski” Wojciecha Roszkowskiego ( PWN 1991, str.167-8). Opór tzw. „żołnierzy wyklętych” złamano jednak nie siłą, lecz podstępem „amnestii”, po której 42 tysiące patriotów opuściło lasy, by paść ofiarą represji.

    W dziedzinie kultury także działali przybysze zza Bugu, co jaskrawo ilustruje kariera majora Beniamina Goldberga, występującego w Polsce pod nazwiskiem Jerzego Borejszy. Wcześniej zasłynął z sowietyzacji pisarzy we Lwowie, a tacy” twórcy jak Lec, Lewin, Jastrun, Putrament, Szemplińska, Śpiewak, Wygodzki i wielu innych, zdawszy lwowski egzamin z zaprzaństwa zostali potem nadzorcami PRL „ ( Czerwona msza, t.I, wstęp, str.X ). Jednak to Borejsza był ich ober-nadzorcą, choć jako szef oficyny wydawniczej „Czytelnik” stroił się w szaty liberała wydając książki Dąbrowskiej, Iwaszkiewicza, Nałkowskiej, Brezy czy Miłosza zresztą już mocno związanego z reżimem. Z drugiej strony Borejsza opierał się na sprawdzonych we Lwowie pisarzach-kolaborantach takich jak Ważyk, Przyboś, Jastrun, Putrament czy Pasternak ( Czerwona msza, t.I, str.528 ). Pozyskiwał też młodszych jak Koźniewskiego, Jacka Bocheńskiego, Ryszarda Matuszewskiego, Kałużyńskiego, Andrzejewskiego, Bratnego, Sandauera czy Julię Hartwig, Annę Kamieńską i innych.  Dla pozyskania czytelników Borejsza drukował też klasyków – np. „Krzyżaków”  lub mocno ocenzurowanego Żeromskiego. Ale w masowym nakładzie wydał też „Popiół i diament”, powieść Andrzejewskiego, który z inspiracji Bermana szkalował w niej antysowieckie podziemie i Armię Krajową. Borejsza nie był umysłem tuzinkowym, o czym świadczą jego dyrektywy dla wydawnictwa  „Ossolineum”, w których zalecał preferować rzekomą „tradycję postępową” w polskiej kulturze jak…arianizm, literaturę plebejsko-mieszczańską, jakobinizm i oczywiście Oświecenie, a inne okresy dziejów klasyfikowal po stronie ciemności. Z gen.Świerczewskiego robił narodowego bohatera! Zalecał też druk listów Stalina i pism Mao-Tse-Tunga! Mimo to przyjaźnił się z nim Tuwim ( a także z bratem Borejszy, który był szefem Departamentu Śledczego MBP ) i po śmierci poświęcił piękny wiersz temu nadzorcy kultury. Na wiersz zasługiwała Inka, 17-letnia dziewczyna, inkarnacja Polski zamordowanej przez siepaczy Goldberga ( Różańskiego), Michnika, Brystygierowej, Wolińskiej i tylu innych stalinowskich budowniczych PRL-u. Na popiołach takich kwiatów jak Inka wyrastało imperium zła.

Marek Baterowicz

 

paź
24

Marek Baterowicz jest szachistą hobbystą i znanym publicystą. Jego liczne artykuły zamieściłem na stronie i blogu. Dzisiaj zapraszam do lektury felietonu A UKŁAD SIĘ TRZYMA.

Ale najpierw proponuję zapoznanie się z efektowną partią autora, która została rozegrana w turnieju otwartym w Sydney.

A UKŁAD SIĘ TRZYMA

Mimo ofensywy PiS-u i rzeczowych debat nad stanem państwa, które wykazały ogrom nierozwiązanych problemów wiszących nad rządem, premier Tusk otrzymał votum zaufania dla swego gabinetu. Zdecydowała garść głosów, kilku posłów koalicji przywieziono karetkami ze szpitali na czas głosowania, a taka mobilizacja sił świadczy, iż rząd stał na krawędzi rozpadu. A jednak górą była wspólnota interesów układu, która broni się w Sejmie lekką arytmetyczną przewagą jak przedstawił to w swym wspaniałym kazaniu biskup Dydycz, mówiąc że większość rządowa blokuje każdą inicjatywę i że w ten sposób powraca liberum veto, groźniejsze niż dawniej, bo matematycznie osadzone, choć dalekie od odpowiedzialności. Jak wiemy z analiz expose premiera, wygłoszonego w Sejmie przed głosowaniem nad votum zaufania, z ust Tuska nie padły jakieś ważne dla Kraju słowa, a pewne dziedziny tak istotne jak resort zdrowia zostały pominięte w jego wystąpieniu. Milczenie w tym wypadku sugeruje, że rząd PO-PSL nie dysponuje żadnym projektem poprawy katastrofalnego stanu szpitali i służby zdrowia. Istnieje też bardzo poważne domniemanie, że rząd z całą premedytacją dąży do takiego pogorszenia tego resortu, by przyśpieszyć umieralność obywateli, co da państwu oszczędności na polu emerytur, a także stworzy więcej wolnej przestrzeni dla przybyszy z innych krajów, zajmujących miejsca po Polakach. A sprzyja temu również wysoka fala emigracji za chlebem. Zjaiwsko to niepokoi, a nawet Aleksander Smolar ( mało martwiący się o polskość i znany z wrogiego stosunku do lustracji ) przyznaje, że Polska się wyludnia, bo dramatycznie spadła liczba urodzeń, emigracja osiągnęła poważne rozmiary – jak mówi w rozmowie z prof.Andrzejem Nowakiem w nr.106-7 „Arcanów”. Ta sytuacja jakby trochę cieszyła prezesa Fundacji im.Stefana Batorego, albowiem postrzega on „nieuchronną konieczność redefinicji polskiej tożsamości „ ( str.97). O to przecież chodzi tym filarom układu, który rozkłada polskie państwo, ale i pragnie przenicować polskość. Będzie im to łatwiej osiągnąć, gdy pauperyzacja społeczeństwa osiągnie poziom tak niski, iż zagrozi to biologiczną eksterminacją bez potrzeby uciekania się do np. komór gazowych. Nowe obietnice Tuska z expose można skwitować dwuwierszem Mickiewicza:
Kłamca jest zły moneciarz, pozwól mu fałsz mnożyć
To on sam jeden zdoła cały kraj zubożyć.
Na tle kryzysu w Europie Polska niby trzymała się dobrze, a taki obraz potrzebny był koalicji dla utrzymania przewagi w sondażach. Dzisiaj wiemy już, że obraz ten daleki jest od idylli, a wskaźnik bezrobocia wynosi 13%, niekiedy dochodzi – jak w Wałbrzychu – do 19%. Lekiem na bezrobocie – zdaniem PiS-u – byłaby odbudowa przemysłu i większa aktywność państwa, co nie podoba się wrogom interwencjonizmu. Nowe starcia w Sejmie w kwestii budżetu towarzyszyły optymistycznym zapewnieniom ministra Rostowskiego. Niezależni ekonomiści sądzą jednak, że polska gospodarka jest jak stadion narodowy, nieprzygotowany na deszcz. Od dawna wiadomo, że rząd szuka pieniędzy na wszystkich frontach, tymczasem premier zaskoczył nawet własnych koalicjantów i znaczną część Platformy przyjęciem metody in vitro poza parlamentem. Z mocy rozporządzenia ma powstać w przyszłym roku program in vitro, a znaczne kwoty ( circa 50 mln złotych ) popłyną z budżetu państwa. Czy program taki może atoli działać bez ustawy wypracowanej w Sejmie ? Prawnicy mają tu poważne wątpliwości, a rozporządzenie poza parlamentem w sprawie vitro może stworzyć precedens dla innych przypadków. Posłowie PSL, nie uprzedzeni o decyzji premiera, przebakują, że Tusk igra z Trybunałem Stanu, ale jak zwykle w gronie koalicji skończy się na werbalnych ostrzeżeniach. Przykład z przyjęciem programu in vitro poza parlamentem wskazuje, że w IIIRP umacnia się tzw. „guided democracy” jak się określa czasem pozory demokracji. Jest ona u nas na poziomie może Wenezueli, gdzie niedawno podczas kampanii wyborczej strzelano do zebranych na wiecu kandydata do prezydentury ( zresztą z polskiej rodziny – Capriles Radonski ), który w końcu przegrał z Chavezem. Przypomina to strzały do biura PiS-u w Sopocie, gdzie w oknie stała podobizna śp. Prezydenra Lecha Kaczyńskiego, a jeszcze bardziej zeszłoroczne zabójstwo działacza PiS-u w Łodzi. Mordercę potraktowano dość łagodnie, ofiarą był przecież członek jakiejś tam „sekty” ( jak opozycję nazwał pewien profesor w chwili zamroczenia umysłowego ), a nie legalnej partii. I dlatego też inny akademik, znany socjolog, mógł sobie pozwolić na ekscentryczną propozycję utworzenia…getta dla zwolenników PiS-u, bo na co zasługują członkowie „sekty” ? Wracamy do średniowiecza ? W IIIRP – tym państwie bezprawia – z obywatelami można zrobić wszystko jak ilustruje sprawa fryzjera oskarżonego o niepłacenie składek ZUS-u przez siedem lat. Oskarżony posiada dowody wpłat, ale dla ZUS-u nie mają one żadnej wartości, bo obywatela należy zgnębić do końca. Tak to działa Platforma Obywatelska ? A nie jest to jedyny przypadek bezprawia w IIIRP.
Mimo kryzysu trzyma się też układ w Unii Europejskiej pomimo różnic między nowym prezydentem Francji a panią Angelą Merkel, która traci stopniowo poparcie we własnym kraju. Poparcie traci też prezydent Hollande, bo jego pomysł drastycznych podwyżek podatków mało jest popularny i coraz więcej francuskich przedsiębiorców przenosi się do Belgii, gdzie podatki nie są tak wysokie. Słyszy się też głosy, że we Francji nie opłaca się już otwierać przedsiębiorstw właśnie z powodu rosnących podatków. A to z kolei nie poprawi stanu bezrobocia, gdy zmaleje liczba pracodawców. Legalizacja pewnych narkotyków ( jak cannabis) też nie rozwiąże francuskich problemów, a są one liczne i głęboko osadzone w przestępczych trendach. Bezrobotna młodzież potrafi spalić dzielnicę w Amiens, a w Marsylii mafia narkotyków pozyskała sobie do współpracy ludzi z policji. Przejawem francuskiego rozsądku są za to liczne manifestacje przeciwko wprowadzeniu małżeństw i adopcji dzieci dla gay’ów.
Jednak to w Hiszpanii kryzys i bezrobocie biją rekordy, a to nie sprzyja działaniom rządu Rajoy’a, atakowanego przez opozycję a także przez separatystów w Katalonii, która może ogłosi referendum w sprawie niepodległości. A Baskowie też nie zasypiają gruszek w popiele. Nie ustają demonstracje w Madrycie i Barcelonie przeciwko „austeridad”, a spokoju nie ma też w sąsiedniej Portugalii. Ludzie maszerują tam z napisem : „Żądamy pracy!”, a inny transparent głosi szyderczo: „Niech Troika się wypcha!”, mimo że Barroso, główny nadzorca UE, pochodzi z Lizbony. A włoska opozycja zapewnia, że Mario Monti jeden z filarów UE, nie dotrwa jako premier do Bożego Narodzenia. O społecznych nastrojach w Grecji wiemy od dawna, a zatem niedawne karykatury pani Merkel, ustylizowanej na wodza III Rzeszy, już nie dziwią. Demonstracje przeciwko „austerity measures” miały też miejsce w Londynie. Jak te wszystkie objawy fermentu wpłyną na stan waluty euro ? Nie chce jej przyjąć Bułgaria, a Słowenia odmówiła pomocy finansowej ze strony Brukseli.
I każdy dzień przynosi coś nowego na tym polu, sytuacja w Europie przypomina obrazki z kalejdoskopu: nawet małe poruszenie zmienia obrazek! Nie bawmy się więc w proroków, choć nie brakuje wróżących rozpad EU, bowiem determinacja przywódców Unii utrzymania wspólnej waluty nie wyczerpała wszystkich możliwości. Tymczasem wielkim skandalem jest obrazek sierpa i młota włączony w unijną gwiazdę na plakacie drukowanym w Brukseli. Wśród elit Unii Europejskiej sporo jeszcze jest polityków z pokolenia, które wzdychało do moskiewskiej centrali. Filozof Sartre miał nawet konto w sowieckim banku, choć na wszelki wypadek paradował czasem w maoistowskim drelichu. W jakie szaty ubrałby się dzisiaj ten apostoł jutrzenki ? A może posypałby sobie głowę popiołem ? Po zgonie marksistowskiej aberracji być może czeka nas kres unijnej utopii, ale układ jeszcze się trzyma, rozpad grozi jedynie samej Belgii. A w przyszłości może Hiszpanii i Zjednoczonemu Królestwu po trzech wiekach unii ze Szkocją.
Marek Baterowicz

paź
23

(zdjęcie z archiwum Andrzeja Filipowicza)

Jan Adamski należał przez wiele lat do ścisłej czołówki Polski. Grał w sile arcymistrza, ale w czasach jego największej świetności uzyskanie tego tytułu było bardzo trudne.

Na mistrzostwach świata juniorów w Jugosławii w 1963 roku zajął piąte miejsce, co było najlepszym osiągnięciem polskiego juniora na arenie międzynarodowej aż do czasów Adama Kuligowskiego.

Grał bardzo interesujące szachy. Przykładem tego może być jego zwycięska partia z Jerzym Lewim w Memoriale Rubinsteina 1969.

Z Janem Adamskim grałem w reprezentacji Wojska Polskiego w mistrzostwach Armii Zaprzyjaźnionych, które odbyły się w dniach 17-23 maja 1969 roku w Warszawie. Na fotografii od lewej strony stoją: ppłk. Sawicki (kierownik), Szukszta, Filipowicz, Marszałek, J.Adamski i Konikowski.

Partie Jana Adamskiego