Archiwum kategorii ‘Szkolenie’

wrz
01

Kontynuacja odcinka 163

Kandydat na prezesa PZSzach Radosław Jedynak w swoim programie pisze:

Ten temat poruszyłem już w piśmie „Szachy/Chess”  w tekście: Gorzka Prawda (75/76 – 2002).

Najpierw opisałem, jak to trener zagraniczny na sesji w Łazach radził Maćkowi Brzeskiemu, którym w tym czasie opiekowałem się poprzez Internet, granie czarnymi dwóch nowych wariantów na zbliżających się mistrzostwach Europy bez przygotowania teoretycznego i praktycznego. Ten sam trener w podobny sposób zalecał i innym naszym juniorom jakieś warianty, których oni do tej pory nie grali. Byłem tym faktem zbulwersowany. Napisałem w/w tekście na stronie 94: „ …Jak można dopuścić do tego, aby trener zagraniczny, który nie zna dobrze polskiej młodzieży i z naszymi szachami nie jest emocjonalnie związany, polecał grać reprezentantom Polski w najważniejszych imprezach roku nie przygotowane i nie ograne systemy debiutowe? … Próbowanie nowych wariantów w ważnych imprezach i bez uprzedniego przygotowania jest bardzo ryzykowne. A przecież nasza młodzież jedzie na mistrzostwa, aby zdobywać punkty i medale …”. Dalej na stronie 97 piszę: …” uważam za szaleństwo obdarzanie go takim kredytem zaufania. Sprawa przygotowania debiutowego naszej najlepszej młodzieży powinna być tajemnicą i zostać wyłącznie w gestii naszych trenerów!…”.

Na stronie 99 piszę: „ … Proponuję, aby przynajmniej raz w roku organizowano spotkania trenerów Akademii w celu omówienia problemów szkoleniowych. Tutaj widziałbym także sens zapraszania trenerów zagranicznych. Natomiast mam duże wątpliwości (w tym sądzie nie jestem jedyny!), czy trenerzy zagraniczni powinni brać udział w sesjach i obserwować stan wyszkolenia naszej młodzieży…”. 

Ten postulat i jeszcze inne propozycje odnośnie szkolenia polskiej młodzieży wysłałem w dniu 1 listopada 2001 roku do ówczesnego dyrektora Akademii z kopiami do członków Zarządu.

Zareagował tylko wiceprezes PZSzach Ireneusz Szczygieł w liście elektronicznym 3 listopada: „Dziękuję za przesłane materiały dotyczące Akademii. Zapewniam, że wnikliwie się z nimi zapoznam oraz przekażę na forum Związku”.

 

 

 

 

 

sie
25

Kontynuacja odcinka 160

Jak już pisałem w wpisie 156, starsi członkowie klubu wyjaśnili mi przyczyny kiepskich wyników naszej czołówki w turniejach międzynarodowych. To mnie jednak nie przekonało. Nie mogłem pojąć, że jakieś problemy organizacyjne mogą wpłynąć negatywnie na słabsze rezultaty Polaków od zawodników ZSRR, NRD, Czechosłowacji, Rumunii, Bułgarii i Jugosławii.

Przypuszczałem, że muszą być inne przyczyny. Przecież nie możemy być głupsi od szachistów w/w krajów! Postanowiłem zbadać ten problem i najpierw zacząłem od studiowania twórczości naszych mistrzów. Na początek wziąłem na tapetę dwie dostępne mi księgi turniejowe:

Analiza partii oraz komentarzy wzbogaciła moją ogólną wiedzę o szachach. Obie książki okazały się bardzo pouczające. Dokładnie przyjrzałem się grze polskich zawodników. Co mnie zastanowiło, to częste krytyczne uwagi o niedostatecznej znajomości granych przez nich wariantów debiutowych.

Wtedy w 1962 roku wieku 15 lat zadałem sobie pytanie: Czyżby to była przyczyna niepowodzeń turniejowych naszej czołówki? Nie miałem jeszcze odpowiednich kwalifikacji, aby być całkiem pewny swych spostrzeżeń. Ale to był, jak się później potwierdziło, pierwszy krok poznania przyczyn słabości systemu szkoleniowego w polskich szachach!     

 

sie
22

Kontynuacja odcinka 159

Zgodnie z moim zrozumieniem szachów (otwarcie, gra środkowa i końcówka), pracowałem dalej nad ulepszeniem swojego repertuaru debiutowego. Stwierdziłem postęp w grze normalnej i błyskawicznej. W eliminacjach do I ligi w Białymstoku, grając z silniejszymi od siebie przeciwnikami, wygrałem dwie partie, dwie zremisowałem i przegrałem tylko z aktualnym wicemistrzem Polski Kazimierzem Marcinkowskim. Za ten wynik przyznano mi III kategorię. Rezerwowy Jerzy Lewi nie zagrał w żadnym meczu.

Niestety popełniłem duży błąd: zamiast dalej intensywnie trenować praktyczne szachy, wiele czasu poświęciłem kompozycji szachowej.

Zadebiutowałem dwuchodówką w miesięczniku Szachy (kwiecień 1962).

Mat w 2 posunięciach

Rozwiązanie: 1.Hh6! grozi 2.He6#
1…W8xd5 2.Hd6#
1…W3xd5 2.Gb2#
1…Sxd5 2.Gf4#
1…Gxd5 2.Sc6#
1…Hxd5 2.We4#

Tematem zadania jest pięć związań na polu d5.

W tym samym roku 7 moich utworów otrzymało odznaczenia na konkursach międzynarodowych, w tym dwie nagrody. To było dodatkowym bodźcem, aby się intensywniej zająć tą dziedziną szachów. W następnych latach opublikowałem wiele zadań, z których spora część otrzymała wyróżnienia i nagrody. Wtedy kompozycja tak mnie fascynowała, że poświęcałem jej więcej czasu, niż przygotowaniem się do turniejów. Długo nie mogłem podjąć decyzji, czym będę się więcej zajmować? Ostatecznie zostałem jednak przy grze.

Zajmowanie się problemistyką miało jednak pewne plusy szkoleniowe. Rozwijałem bowiem zmysł kombinacyjny, trenowałem technikę analizy końcówek oraz technikę liczenia wariantów. Swoje doświadczenia na tym polu opisałem w książce „Kompozycja w treningu szachisty” (Biblioteka Penelopy, Warszawa 2004).

Jako problemista opublikowałem około 400 zadań, z czego przeszło 100 zostało wyróżnionych na konkursach międzynarodowych.

W specjalistycznych Albumach FIDE (zbiorach najlepszych zadań świata) znalazło się moich 8 utworów. W Mistrzostwach Polski w Kompozycji wywalczyłem 5 medali: w dziale dwuchodówek raz zdobyłem srebrny medal (1967-1970), dwukrotnie brąz (1965-1966 i 1971-1973) i w dziale samomatów (1967-1970) uzyskałem srebro, a w dziale matów pomocniczych (1965-1970) otrzymałem brązowy krążek: link.

W 1974 roku nadano mi tytuł mistrza krajowego w kompozycji szachowej.

W 1993 roku ukazała się w Krakowie broszurka „25 kompozycji szachowych autorów krakowskich”. Znalazło się w niej 7 moich zadań.

Niestety układaniem zadań zaniedbałem samoszkolenie w grze praktycznej. Dlatego już jako trener zwracałem później uwagę moim podopiecznym na tę kwestię.

Szachista z ambicjami sportowymi powinien pracować przede wszystkim nad udoskonaleniem własnej gry, a nie zajmować się jakimiś innymi sprawami.

Zatem przestrzegałem młodych i zdolnych zawodników, aby nie tracili drogocennego czasu na „pisarstwo” w Internecie, prowadzenie blogów, redagowanie pism szachowych, zajmowanie się szkoleniem innych itd.

W swoich radach kładłem akcent na to, że zawodnik z planami odnoszenia znaczących sukcesów na arenie międzynarodowej powinien poświęcać samoszkoleniu jak najwięcej czasu.

Podkreślałem też znaczenie fazy debiutowej we współczesnych szachach. Aby być wiarygodnym, publikowałem nieraz w fachowej prasie krajowej przegrane partie naszej czołówki, aby  praktycznie ilustrować braki szkoleniowe.

 

sie
20

Kontynuacja odcinka 158

Jerzy Lewi i ja chodziliśmy do tej samej szkoły przy ulicy Staszica 4.

Jak już pisałem, Jerzego Lewiego poznałem 15 maja 1961 roku w trakcie półfinałów do mistrzostw Wojska Polskiego. Był niedużego wzrostu, szczupły z kruczoczarną czupryną. Okazało się, że znałem go już wcześniej z widzenia z boiska sportowego szkoły podstawowej nr 6 przy ulicy Staszica 4, której Lewi był uczniem. Sam do tej szkoły uczęszczałem w latach 1955-1957. Potem przeniesiono mnie, w wyniku reorganizacji wraz z pewną grupą uczniów, do szkoły przy ulicy Świętojańskiej 2 i po roku czasu do nowegu budynku przy ulicy Libelta (szkoła podstawowa nr 37).

Szkoła nr 6 (podstawowa i liceum ogólnokształcące) miała duże pole do gry i tam często widziałem Jurka uganiającego się za piłką. Byłem w tym miejscu bardzo często, gdyż to było bardzo blisko mojego domu. Mieszkałem niedaleko przy ulicy Sielanka 3.

Już w czasie drugiego pobytu w klubie podszedł do mnie Lewi z propozycją: „Zagramy meczyk?”. „Oczywiście” – odpowiedziałem. Byłem przekonany, że pokonam tę „chudzinkę”. Tymczasem Lewi znokautował mnie w granicach 20:0. Gdy jeszcze przez jakiś czas siedziałem w szoku przy stoliku i „przeżywałem” porażkę, pocieszył mnie starszy kolega klubowy: „Nie przejmuj się. To jest nasz najsilniejszy junior”.

Wtedy postanowiłem, że to ja będę najlepszy i to szybko, jak to jest tylko możliwe. Zacząłem obserwować grę Lewiego. W klubie mieliśmy roczniki miesięcznika „Szachy” i Jurek lubił przeglądać z nich partie i różne pozycje z praktyki turniejowej silnych zawodników. Zajmował się przede wszystkim analizą gry środkowej i końcowej. Dlatego miał już pewną technikę gry.

Obserwowałem jego fazę debiutową. Białym kolorem grał schematy z fianchettem gońca na g3 po 1.Sf3. Nieraz widziałem 1.e4. Czarnymi po 1.e4 odpowiadał 1…e5 i po 2.Sf3 Sc6 3.Gb5 Gc5. Jego repertuar był bardzo skromny. Zatem swoje szanse pokonania Lewiego widziałem tylko w stadium początkowym partii, gdyż to była jego słabość.

Przez kolejne miesiące zajmowałem się wyłącznie otwarciami, które postanowiłem grać. Stwierdziłem duży postęp w grze i zrozumieniu szachów. Nie przegrywałem już z członkami klubu towarzyskich partii do zera, lecz potrafiłem wreszcie odnosić pierwsze zwycięstwa.

Moim głównym warsztatem pracy były dwa tomy otwarć szachowych Keresa oraz kurs debiutów Panowa. W taki sposób przygotowałem się do mistrzostw okręgu juniorów, w których byłem lepszy od Lewiego. Oto nasza pierwsza partia turniejowa.

 

 

sie
16

Kontynuacja odcinka 157

Na przełomie września i października 1961 r. odbyły się w lokalu klubu OKO Caissa przy ulicy Dwernickiego mistrzostwa okręgu juniorów. Nie miałem żadnej kategorii, ale miejsce w turnieju dostałem z puli organizatora. To były moje pierwsze zawody w życiu. Mimo braku doświadczenia 4 partie wygrałem, 4 przegrałem i jedną zremisowałem. Grałem bardzo bojowo. Nie miałem większego pojęcia o grze pozycyjnej. W każdej partii grałem na mata, co nie zawsze mi się jednak udawało. Np. zwycięzcy mistrzostw Fabianowskiemu nie dałem go w trzech ruchach! Natomiast z Kwiecińskim mając dwa pionki więcej sam przeoczyłem mata w jednym ruchu. Ostatecznie zająłem piąte miejsce, za co otrzymałem IV kategorię. Zostałem  nieoficjalnie mistrzem Bydgoszczy i najsilniejszym juniorem klubu.

Był to mój duży sukces biorąc pod uwagę to, że zasady gry poznałem dopiero pod koniec lutego 1961 roku, a w maju zapisałem się do klubu. Pozytywny rezultat zawdzięczałem odpowiedniemu samoszkoleniu. Jak już pisałem wcześniej, trenowałem wbrew „Teorii Capablanki” oraz rad starszych kolegów klubowych. Już wtedy – jako początkujący szachista – doszedłem do wniosku, że podstawą szachów musi być silny debiut.

Wyprzedziłem wszystkich doświadczonych juniorów klubu tylko dlatego, że ja trenowałem otwarcia, tymczasem oni końcówki!

Moim wynikiem zrobiłem wielką niespodziankę kierownictwu klubu, które stawiało na Jerzego Lewiego. Ale o tym napiszę w następnym odcinku.

sie
13

Kontynuacja odcinka 156

Zdjęcie zostało wykonane w maju 1961 roku w trakcie Drużynowych Mistrzostw Pomorza w grze błyskawicznej. Na stole nie widać zegarów. To był wtedy deficytowy towar i nasz klub miał ich tylko kilkanaście. Niewystarczająco, aby przeprowadzić większą imprezę. Zegary zastąpił zatem magnetofon z nagraniem: „białe ruch” i po kilku sekundach „czarne ruch” itd. Kłótni było co niemiara. Co chwilę było słychać okrzyki w rodzaju: „zrób pan wreszcie ruch” itd. Mało już kto pamięta te czasy, ale tak było.

Mój klub wystawił dwie drużyny: seniorów oraz juniorów. Byłem jeszcze za słaby i mogłem tylko kibicować. Ten stojący z lewej strony młodzieniec to właśnie ja. Grający od lewej strony to czołowi juniorzy klubu: Kania, Kwieciński, Baranowski i Janicki. Lewi grał w drużynie seniorów na 4 szachownicy.

Dla mnie słusznie nie było miejsca w drużynie, gdyż byłem najsłabszy. Byłem jednak bardzo ambitny i postawiłem sobie zadanie: możliwie szybko przegonić kolegów klubowych. Obserwowałem ich grę i starałem się odkryć ich słabości. Opracowałem sobie charakterystyki gry moich potencjalnych przeciwników. Wszyscy mieli już pewną wiedzę szachową oraz doświadczenie. Ostatecznie doszedłem do wniosku, że mogę ich jedynie pokonać po dobrze rozegranej fazie debiutowej. W tym kierunku pracowałem intensywnie i na każdego zawodnika opracowałem sobie osobno jakieś warianty.

Kierownictwo klubu zauważyło moje postępy w grze. Pewnego razu  czołowy zawodnik klubu Jan Kośmicki zaproponował mi rozegranie dwóch towarzyskich partii. Pierwszą wygrałem, natomiast drugą przegrałem. Potem okazało się, że postanowiono w ten sposób sprawdzić moje umiejętności szachowe. Kośmicki wydał o mnie pozytywną opinię. Zaproponowano mi grę w najbliższych mistrzostwach okręgu juniorów!

Na przygotowanie się do tego turnieju nie miałem zbyt dużo czasu, około dwa miesiące. Musiałem też wziąć pod uwagę fakt, że we wrześniu rozpoczynałem naukę w szkole średniej. Mimo tego postanowiłem rozszerzyć repertuar debiutowy białymi o partię hiszpańską. Przeczytałem bowiem w jakiś materiałach w języku rosyjskim, że jest ona kamieniem węgielnym zrozumienia pozycyjnej gry i manewrowania. Oczywiście w tak krótkim czasie nie można poznać wszystkich tajników tego skomplikowanego otwarcia. Ale wcześniej podpatrzyłem, co grają czarnymi moi przyszli przeciwnicy. Swoje przygotowanie ograniczyłem najpierw do poznania tylko kilku wariantów. Przygotowałem też jeden wariant czarnymi.

 

 

 

sie
11

Kontynuacja odcinka 155

Jak już wspomniałem w poprzednim odcinku, zainteresowały mnie w książce Władysława Litmanowicza tabelki z wynikami. Nie trzeba było być wielkim znawcą szachów, aby zauważyć rezultaty naszych najlepszych zawodników. Końcowe miejsca! Wyprzedzali nas szachiści ze Związku Radzieckiego, Węgier, Rumunii, Czechosłowacji, NRD i Bułgarii.

A przecież, jak pisałem już w tekście 150, powiedziano mi w klubie, że szachy to królewska gra, a szachiści to intelektualiści. Patrząc na te tabelki doszedłem do wniosku, że my ustępujemy zatem umysłowo tym w/w krajom, ponieważ gramy słabiej w szachy. Taki był tok rozumowania 14-latka, który dopiero poznawał problematykę gry jako sport.

Swoimi uwagami podzieliłem się w klubie. Reakcja była taka: „Jurek, ty nie możesz tak to oceniać. W tamtych krajach szachy mają wsparcie władz i są odpowiednio finansowane. W Związku Radzieckim to sport narodowy. Natomiast w Polsce traktują szachy jako grę świetlicową. Sam widzisz, że nie ma trenerów. Dotacja na działalność klubu jest niewielka”.

Drążyłem dalej temat: „A przecież przed wojną byliśmy potęgą szachową”. Feliks Chybicki ze spokojem wyjaśnił mi problem: ”Przed wojną byliśmy silni dzięki polskich Żydom. To oni byli tym motorem sukcesów naszych szachów. Niestety Polacy nie mają predyspozycji do gry w szachy i dlatego jesteśmy słabeuszami. Wpadnij do mnie w najbliższych dniach. Mam dla ciebie książkę o turnieju w Krynicy 1956. To zobaczysz wyniki naszych mistrzów”.

Byłem tym wszystkim zdruzgotany. Otóż zająłem się sportem, w którym nie mamy żadnych sukcesów międzynarodowych i na dodatek nie traktuje się szachistów poważnie.

W emocjach krzyknąłem: „Trzeba to zmienić”! Towarzystwo wybuchnęło śmiechem: „To zmień”. W tym momencie ktoś nadał mi przydomek: „Koniś marzyciel”!

Kilka dni później odwiedziłem Feliksa Chybickiego (kupowałem u niego literaturę szachową), który miał już przygotowaną dla mnie książkę „Międzynarodowy Turniej Szachowy w Krynicy 1956”. Załączam tabelkę, która mnie dosłownie „dobiła”!

Opisane wydarzenie miało miejsce pod koniec sierpnia 1961 roku. Wtedy postanowiłem sobie, że muszę wyjaśnić sprawę:

„Dlaczego nasi czołowi szachiści nie odnoszą sukcesów na arenie międzynarodowej. Nie mamy zdolności do uprawiania tego intelektualnego sportu, czy są jakieś inne przyczyny”?

A teraz mała dygresja. W 1980 roku mieliśmy zgrupowanie kadry narodowej w Zakopanem. Stanisław Gawlikowski miał kilka wykładów na temat historii szachów. Bardzo dowcipnie (nie wszystko mogę powtórzyć)  przedstawił pozycję polskich szachów w świecie, która właściwie niewiele zmieniła się od 1945 roku. M.in. powiedział, że przed wojną Ministerstwo Spraw Zagranicznych, które finansowało wyjazd naszej reprezentacji na olimpiady stawiało jeden warunek: „Będą pieniądze, ale musi być w drużynie choć jeden prawdziwy Polak”! Dla przypomnienia: W drużynie w Hamburgu 1930 grał nasz Kazimierz Makarczyk!

cze
09

Kontynuacja odcinka 150

Zgodnie z zaleceniami starszych kolegów klubowych kupiłem sobie w sklepie sportowym przy ulicy 1-Maja (obecnie Gdańskiej) dwa tomy końcówek Stanisława Gawlikowskiego i pionkówki Zygmunta Szulcego. Zabrałem się pilnie do ich studiowania.

Gawlikowski okazał się dla mnie za trudny. Przerzuciłem się więc na Szulcego. Jego książka była łatwiejsza, ale trening z końcówkami pionkowymi nie przyczynił się do podniesienia siły gry, gdyż dalej przeżywałem porażki. Okazało się, że nie mogłem wykorzystać zdobytej wiedzy o grze końcowej, ponieważ przegrywałem pojedynki już w fazie debiutowej albo na początku gry środkowej. Do końcówek wcale nie dochodziło.

Postanowiłem więc trenować wbrew nauce Capablanki oraz rad kolegów i zająłem się otwarciami. Już wtedy – jako początkujący sympatyk szachów – doszedłem do wniosku, że jest to jedyna logiczna droga do osiągania zwycięstw!

Od tego czasu minęło już wiele lat i w Polsce dalej spotyka się hasła w rodzaju: Studiuj końcówki, a w debiucie dasz sobie jakoś radę lub Debiuty uczą cię debiutów, końcówki uczą cię szachów itd.

Te absurdalne slogany i tym podobne powinny wreszcie zniknąć z terminologii naszych szachów wyczynowych, chodzi oczywiście o szkolenie młodzieży z ambicjami sportowymi!

Propagujmy zatem nauki wielkich autorytetów szachowych, np.:     

Anatoli Karpow – mistrz świata w latach 1975-1985 oraz 1993-1999: Każda faza partii, otwarcie, gra środkowa i końcówka ma duże znaczenie. Jeżeli na początku gry, któraś ze stron uzyska przewagę materialną lub pozycyjną, to zniwelować ją w grze środkowej będzie bardzo trudno. W tej sytuacji do końcówki może w ogóle nie dojść. Bez poprawnej gry w debiucie, nie można więc myśleć o sukcesach w szachach. 

Garri Kasparow – mistrz świata w latach 1985 – 2000: Nie ma znaczenia jak dobrze grasz, nie możesz spodziewać się dobrych wyników, kiedy masz przegraną po debiucie.

cze
06

Kontynuacja odcinka 149

15 maja 1961 roku zostałem członkiem sekcji szachowej „CAISSA” przy Okręgowym Klubie Oficerskim w Bydgoszczy.

Na pytanie kierownictwa klubu „co robię” oprócz szkoły, odpowiedziałem, że uczęszczam na treningi koszykówki do klubu Zawisza oraz trenuję w grupie młodzików piłkę nożną w Polonii.

To teraz będziesz zajmować się innym rodzajem sportu:

Szachy to królewska gra, a szachiści to intelektualiści

To hasło mocno zmobilizowało mnie do nowego hobby. Przestałem uczęszczać na treningi koszykówki i piłki nożnej. Pewnego razu spotkałem w centrum miasta trenera Zawiszy. „Dlaczego nie chodzisz na treningi?” – zapytał. „Nie mam czasu, bo gram w szachy” – odpowiedziałem. Spojrzał na mnie jakoś dziwnie. „Te szachy to jakaś diabelska gra. Znam jednego wariata, który godzinami siedzi sam przy szachownicy. To nie jest normalne” i bez pożegnania poszedł w swoim kierunku. Często spotykałem się z jakimiś złośliwymi uwagami, które odnosiły się do szachów. Kiedy oznajmiłem nauczycielowi wychowania fizycznego w szkole, że nie jadę na zgrupowanie drużyny koszykówki, gdyż w tym czasie mam turniej szachowy, ten pokiwał głową i zdecydowanie zareagował: „Jurek, ty chyba upadłeś na głowę”!

W Caissie była spora grupka młodzieży. Liderem był Jerzy Lewi, przyszły mistrz Polski juniorów i seniorów. Zdziwił mnie brak jakichkolwiek zajęć szkoleniowych. Nie było trenera. Wyjaśniono mi, że na to nie ma w klubie pieniędzy. Miałem wtedy już pewną wiedzę szachową, ale była ona niewystarczająca w partiach treningowych przeciwko doświadczonym kolegom klubowym. Byłem ambitny i chciałem wygrywać wreszcie swoje pojedynki. Zwróciłem się do kilku czołowych zawodników pierwszej drużyny z pytaniem: „Co mam robić, aby grać lepiej”? Poradzono mi, abym zaczął naukę od gry końcowej. Tak zalecał bowiem studiowanie szachów sławny mistrz świata Jose Raoul Capablanca (1888-1942).

Wtedy usłyszałem po raz pierwszy slogan: „Studiuj końcówki, a w debiucie dasz sobie jakoś radę”. Byłem zdziwiony tą teorią, która polecała naukę szachów od „tyłu”.

Na mojej pierwszej sesji Młodzieżowej Akademii Szachowej PZSzach w 1999 roku w Zakopanem – ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu – dowiedziałem się, że w Polsce są trenerzy, którzy w pracy szkoleniowej polecają swoim podopiecznym takie metody treningu!

maj
31

Kontynuacja odcinka 148

Bardzo pozytywnie przyjęto w kręgach czytelników bloga opinię Michała Krasenkowa w kwestii znaczenia debiutów w nowoczesnych szachach. Pamiętano bowiem kontrowersyjną wypowiedź arcymistrza w piśmie Polskiego Związku Szachowego MAT (4-2013): Kładzenie nacisku na pracę nad debiutami jest śmiesznym podejściem.”

Wywołało to wtedy szeroką dyskusję na blogu. Pisałem już wcześniej, że ten wywiad został przeprowadzony niefortunnie i wprowadził tylko wiele zamieszania wśród szachistów niższych kategorii. Otrzymałem wtedy wiele listów od Internautów w tej kwestii, którzy byli dosłownie zdezorientowani wypowiedzią ówczesnego trenera kadry. Dlatego temu problemowi poświęciliśmy na blogu wiele uwagi i staraliśmy się to przedstawić obiektywnie. Oczywiście spotkało się to z krytyką ze strony osób mających inny punkt widzenia w aspekcie współczesnego treningu w naszej dyscyplinie.

Wniosek: Ostatnia ocena tego problemu przez Michała Krasenkowa zadowoliła Internautów!

Także po ukazaniu się odcinka 147 otrzymałem  kilka ciekawych komentarzy. Ogólnie Internauci wyrażają zadowolenie z włączenia się do kwestii szkolenia otwarć sław polskich szachów Moniki Soćko i Włodzimierza Schmidta. Szkoda tylko, że tak późno! Na tym tym blogu ten temat jest „wałkowany” od wielu lat, co często spotykało się z negatywnymi ocenami oponentów debiutów.

Jeden z Internautów ubolewa, że tak znakomity znawca teorii debiutów arcymistrz Schmidt nie publikuje i nie przekazuje polskiej młodzieży owoców swych wieloletnich badań w tym ważnym zakresie szachów. Inny Internuta zaproponował napisanie książki o moich doświadczeniach na polu wieloletniej działalności trenerskiej.

Rzeczywiście pasywność naszego arcymistrza w tej dziedzinie, gdzie miałby naprawdę wiele do powiedzienia, jest zadziwiająca. Mnie raz udało się jednak namówić Włodka do napisania wspólnej książki debiutowej!

Sam opracowałem chyba najwięcej po polsku takich książek, co nie zawsze spotykało się z uznaniem. Po ukazaniu się Ciekawostek debiutowych 1

czołowy trener Młodzieżowej Akademii Szachowej Polskiego Związku Szachowego nazwał tę pracę badziewiem. Szkoda, że sam nie przyłączył się do mojego apelu pisania podobnych książek, co przyczyniłoby się do wzbogacenia wiedzy wśród naszej młodzieży w tym temacie.

Wniosek: Krytykować jest łatwo, ale coś zrobić pożytecznego w tym kierunku, to już problem!

Jeśli chodzi o książkę o moich doświadczeniach trenerskich, to już od kilku lat przygotowuję taką rzecz. Będzie to z pewnością ważny przyczynek do historii polskich szachów od 1961 roku z mojego punktu widzenia. Na razie będę pewne sprawy przypominać w tej serii oraz uzupełniać o nowe i nie opublikowane do tej pory fakty!

 

 

 

  • Szukaj:
  • Nadchodzące wydarzenia

    wrz
    27
    sob.
    2025
    całodniowy I Bundesliga open
    I Bundesliga open
    wrz 27 2025 – kw. 26 2026 całodniowy
    W okresie 27.09.2025-26.04.2026 odbywają się rozgrywki I ligi niemieckiej open z udziałem zawodników z Polski. Dodatkowe informacje na  ChessBase Info: 1 runda 2 runda  2 runda cd Niefortunnie wystartował Mateusz Bartel, który reprezentuje barwy klubu[...]
    mar
    29
    niedz.
    2026
    całodniowy FIDE Candidates 2026
    FIDE Candidates 2026
    mar 29 – kw. 15 całodniowy
    29 Mar – 15 Apr 2026, (Cyprus) Uczestnicy Nakamura, Caruana, Giri, Praggnanandhaa, Wei Yi, Sindarov, Esipenko, Bluebaum
    całodniowy FIDE Women’s Candidates 2026
    FIDE Women’s Candidates 2026
    mar 29 – kw. 15 całodniowy
    Strona turnieju Uczestniczki: Zhu Jiner, Tan Zhongyi, Koneru, Goryachkina, Divya, Vaishali, Lagno, Assaubayeva
  • Zwiastun

  • Odnośniki

  • Skąd przychodzą

    Free counters! Licznik działa od 29.02.2012
  • Ranking FIDE na żywo

  • Codzienne zadania

    Play Computer
  • Zaprenumeruj ten blog

    Wprowadź swój adres email, by prenumerować ten blog i mieć informację o nowych wpisach przez email.