Na blogu Krzysztofa Jopka został opublikowany ciekawy tekst:
„Gdzie jadę? A na Olimpiadę! Gdzieżeś jest myśli szkoleniowa??
Wracam właśnie z piłkarskiego bloga Rafała Steca, który nie pozostawia suchej nitki na Śląsku Wrocław i pozostałych drużynach, które skompromitowały po raz kolejny polską piłkę swoimi koszmarnymi występami. Oto link do tego artykułu.
Artykuł Steca, stał się jak to zwykle w moim przypadku kanwą do szerokich przemyśleń na temat sytuacji w polskich szachach. Pierwsza rzecz, która rzuciła mi się w oczy, to fakt, że sam Rafał Stec, pomimo ultraironicznych wpisów nigdy nie był nazwany przez komentatorów, czy przez kogokolwiek, wrogiem polskiej piłki nożnej. Zwykle pod jego postami pojawia się kilkadziesiąt komentarzy, które z takim samym, a nawet większym zapamiętaniem atakują władze PZPN i beznadziejne ligi, włącznie z Ekstraklasą. Jeśli ktoś dostrzega absurdy, po prostu je atakuje, obśmiewa, ironizuje, każdy do woli i na tyle, na ile mu pozwala jego wrodzona inteligencja. Możność wyśmiania tego co uważamy za absurdalne, jest cechą odróżniającą nas od baranów, krów i innych zwierząt pociągowych – bez tego to rzeczywiście homonto nam na łeb i do pługa.
W dookolu szachowym egzystuje całkiem inna rzecz, która jest dość charakterystyczna dla tej sportowej grupy (z którą jestem związany, ale nie na tyle, bym utracił obiektywizm). Mianowicie chodzi o problem, że w jakiejkolwiek dyskusji czy sporze najistotniejszym jest dla obu stron, kto co mówi, a nie co kto mówi. Wszelkie kryteria logiki są już na wstępie zamordowane i możliwość merytorycznej dyskusji jest wyparta osobistą niechęcią i uprzedzeniami.
Przeczytałem ostatnio ten żenujący poziomem spór dotyczący zasad powoływania do reprezentacji olimpijskiej, w przekroju którego widać, że Ci, którzy zadają bardzo sensowne pytania, mówię o Jerzym Konikowskim i Krzysztofie Długoszu (miałbym zarzut tylko do formy – takie coś trzeba dopracowywać) są zbywani jakimikolwiek odpowiedziami, po prostu czymkolwiek. Najlepiej, żeby nikt wogóle się nie odzywał, bo tak pasuje, tak jest wygodnie. Pytania były sensowne i ja je ponawiam. Chciałbym się zapytać o taką między innym kwestię: kto pozwala tegorocznym Olimpijczykom, którzy za kilka tygodni będą reprezentować Polskę w Istambule na tak absurdalne starty jak Darka Świercza w Grecji, czy Bartoszowi i Monice Soćkom w turniejach 5 klas niższych od ich aktualnego poziomu? Czy wogóle starty były wcześniej przygotowywane z uwagi na zbliżający się Istambuł, czy każdy olimpijczyk jedzie gdzie chce, jak świat szeroki? Poza tym, pytanie poboczne do tego powyżej: czy Olimpijczycy wiedzą o tym, że reprezentując Polskę, nie mogą grać gdziekolwiek zapragną, tylko powinni tak mieć ułożone starty by optymalna forma (lub zbliżanie się do jej szczytu) przyszła na czas Olimpiady? W doborze tych startów ja nie widzę nie tyle logiki, co nawet cienia myśli – wszystkim rządzi przypadek, nie ma odpowiedniego doboru obciążeń, rozpisanych występów, tego czego mnie na przykład uczono w szkole sportowej.
Ranking jako kryterium doboru składu reprezentacji oraz Mistrzostwa Polski. Kolejny absurd i już piszę dlaczego. Na Mistrzostwach Polski grają od lat praktycznie Ci sami zawodnicy, mają siebie przeanalizowanych, odkurzają tylko na czas mistrzostw warianty, a decyduje dyspozycja dnia. Ranking? Ranking można nabijać na turniejach z zawodnikami 2350 elo, po oczku (są specjaliści w tym!) do tego potrzebna tylko pewna regularność. Jeśli ktoś ma ochotę, niech przeprowadzi taki myślowy eksperyment, by zobaczyć absurdalność tych obu kryteriów – wysyłamy naszą czołówkę na kilka takich turniejów jak Open A w Biel. Co by się działo po kilku takich Biel z rankingami naszych? Ostałby się na swoim może Mateusz Bartel i Radek Wojtaszek, reszta stawiam dolary przeciw orzechom, poleciałaby na łeb na szyję w dół. Ranking określa siłę gry zawodnika grającego aktywnie i w turniejach o przeciętnym rankingu wyższym od jego obecnego …
Poza tym chyba przed Olimpiadą osoby, które mają wpływ na starty olimpijczyków (a mają jakiś?) powinni wysyłać ich za granicę wraz z zapleczem (to ważne, gdyż byłaby to rywalizacja czołówki z zapleczem kadry, nikt nie czułby się pewny i trzeba wtedy grać, a nie patrzeć w dół w wyczekiwaniu, czy aby ktoś się nie urwał od stawki i nie dogania mnie rankingowo) by nie w naszych, całkowicie nieadekwatnych warunkach, weryfikowali swoją przydatność do kadry. Jak świat weryfikuje aktualny poziom sportowy, wystarczy pooglądać pogrom naszych w Londynie, gdzie poza takimi osobowościami jak Tomasz Majewski czy Adrian Zieliński, reszta po prostu nie istnieje. Tak się sprawdza aktualną formę – na zewnątrz, z całym światem i silniejszymi, a nie w zaciszu krajowego mikroklimatu. Świat już nas dawno odjechał, odbiegł, odpłynął, uciekł i boję się, że z naszymi szachami może być podobnie, choć absolutnie tego naszym nie życzę. Ci, którzy mnie czytują, wiedzą, że nie lubię pisać o złych występach. Przeciwnie – jestem pierwszy do pochwał, gdy widzę świetne zawody kogokolwiek. Nie polowałem i nigdy nie będę polował na potknięcia, bo nie jestem tego typu człowiekiem ale jak widzę, że ktoś zadaje pytania „do rzeczy”, a ktoś odpowiada byle jak i jeszcze jest zirytowany, ze wogóle się go pyta, to na to zgody mojej nie było i nie będzie. Pytanie jeszcze jedno: kiedy skończy się traktowanie zadających sensowne, choć bardzo niewygodne pytania, za wrogów szachów? Widzę, że bez wyjątku wszyscy w tym „światku” mają już poprzyklejane etykietki. To jest właśnie oznaką ospałości umysłowej jednych i drugich.
A nie można by tak po heglowsku: jedni teza, drudzy antyteza i robimy syntezę? Tylko w takiej dialaktyce, o której pisał między innym Mark Dworecki mogą się w danym kraju rozwijać szachy. Stagnacja to przeciwieństwo życia. Stagnacja to śmierć. A co gdyby zorganizować wirtualną konferencję – czat: każdy podpisuje się imieniem i nazwiskiem i debatujemy o problemach polskich szachów nie wychodząc z domu? Powiedzieć sobie po męsku kilka cierpkich słów ale już za chwilę bez uprzedzeń zacząć myśleć o permanentnym ulepszaniu systemu? Ale nie bo po co! Pasuje tak jak jest, prawda??
Czekam z nadzieją i dużym niepokojem na Olimpiadę w Istambule. Identycznie będę śledził Istambuł jak obecnie Londyn – smucił się wpadkami, których oby jak najmniej, a cieszył wygranymi. Co do przyszłości szachów, to pokładam nadzieję w młodzieży, że ruszy i skruszy te bastiony spokoju, że zacznie się prawdziwa sportowa rywalizacja (czyt.rewolucja), że będzie ruch, bo ruch to życie, że będzie niepewność, która jest wyznacznikiem sportowego rozwoju, że może wreszcie wpadnie w to dziwne domostwo z pozasuwanymi kotarami ożywczy wiatr, który pozmienia wszystko, poprzestawia…