W dniach 4-12 marca 2014 odbył się otwarty turniej w Reykjaviku z udziałem Grzegorza Gajewskiego oraz byłego prezesa PZSzach Tomasza Sielickiego.
Ostatecznie Gajewski zajął 18 miejsce z 7 pkt. Natomiast Sielicki był 211 z 3.5 pkt.
W dniach 4-12 marca 2014 odbył się otwarty turniej w Reykjaviku z udziałem Grzegorza Gajewskiego oraz byłego prezesa PZSzach Tomasza Sielickiego.
Ostatecznie Gajewski zajął 18 miejsce z 7 pkt. Natomiast Sielicki był 211 z 3.5 pkt.
Gość napisał: Kontynuacja tematu: link
Jaki to ma sens?
Cała intryga związana była z tym, że do II ligi awansują DWA zespoły. Przed ostatnią rundą UKSz Hetman Warszawa miał 13 punktów meczowych i do I miejsca brakowało mu remisu w meczu z Legionem Legionowo, który ostatecznie zajął 8 miejsce… Nic więc dziwnego, że Hetman nie miał większych problemów z realizacją planu.
Inaczej miała się sprawa z II miejscem. UKS TSz Zieloni Zielonka II miała 13 punktów meczowych (25 „małych” punktów) i jako, że pauzowała w ostatniej rundzie, to jej zawodnicy mogli tylko nerwowo obgryzać paznokcie 😉
Walka miała się toczyć między KSz „Skoczek” Siedlce i KS „Entropia” NZSPW Warszawa I. Przed ostatnią rundą obie miały po 11 punktów meczowych. W małych prowadził Skoczek – 24 do 23,5! Nic więc dziwnego, że decydujące były mecze tych drużyn. Skoczek grał z Entropią II, a Entropia I z MTSz Mińsk Mazowiecki II. Obie drużyny interesowała tylko wygrana, a Entropia I musiała pokonać przeciwnika w stosunku lepszym, niż Skoczek Entropię II (przynajmniej o 1 punkt).
Jak zwiększyć szanse na awans? W rundzie 9 w składzie Entropii I w meczu ze Skoczkiem grali Czyż, Paweł; Melchers, Damian; Maj, Paweł; Harazinski, Adam; Litwiniec, Mirosława.
http://www.chessarbiter.com/turnieje/2013/tdr_6447/pairings_teams_players&9.html
W rundzie 10 w składzie Entropii II (!) w meczu ze Skoczkiem grali: Ponikowski, Przemysław; Czyż, Paweł; Maj, Paweł; Litwiniec, Mirosława; Pac, Maciej.
http://www.chessarbiter.com/turnieje/2013/tdr_6447/pairings_teams_players&10.html
Niewiele to wszystko pomogło… KSz „Skoczek” Siedlce wygrał w ostatniej rundzie 4:1, a KS „Entropia” NZSPW Warszawa I tylko 3,5:1,5. Brawo Skoczek! Może lepiej było nic nie kombinować? 😉
Cała ta osobliwa sytuacja ma związek z dziwacznym regulaminem w którym Entropia I i II mają takie same składy:
http://www.chessarbiter.com/turnieje/2013/tdr_6447/card_te$106.html
http://www.chessarbiter.com/turnieje/2013/tdr_6447/card_te$107.html
Nie jest to jedyny „kwiatek” Ligi Mazowieckiej – o przepisie, że w drużynie musi być kobieta, ale nie musi grać na kobiecej szachownicy była już mowa na tym blogu.
Cóż… bez pół litra nie razbiriosz 😉
Gość napisał: Mam dla Pana nowy paradoks szachowy pt. dziwactwo regulaminowe. Otóż w rozgrywkach III Ligi Mazowieckiej doszło do dość niecodziennej sytuacji. Drużyna Skoczek Siedlce grała z KS Entropia NZSPW Warszawa (na dole link).
Entropia wystawiła dwie drużyny (to jasno nie wynika z karty startowej). Niejaki Paweł Maj został wystawiony w obu drużynach. Andrzej Czapla, zawodnik z Siedlec, rozegrał z nim partie w IX rundzie, a następnie w kolejnej rundzie doszło do… rewanżu i to tym samym kolorem, tym razem z Entropią II. Nic już z tego nie rozumiem, ale może ma to jakiś głęboki sens :),,,
Po publikacji tekstu Krzysztofa Kledzika w dniu 18 stycznia 2014 roku Wojtaszek o komputerach w szachach otrzymałem kilka emaili od Internatów w tej kwestii i propozycją przypomnienia mojej „wirtualnej” współpracy z naszym najlepszym arcymistrzem.
W przytoczonym wywiadzie w piśmie związkowym „MAT” Radosław Wojtaszek wypowiada się na temat wykorzystania komputerów w pracy szachistów. Krzysztof Kledzik pisze:
Nasz arcymistrz poruszył też pewną interesującą kwestię, mianowicie opowiedział o roli komputerów w pracy analitycznej. Ze względu na objętość artykułu nie podawał szczegółów, ale zasygnalizował ten ciekawy i często błędnie rozumiany problem. W obecnych czasach nikogo nie powinno dziwić wykorzystanie komputerów (programów komputerowych) w najróżniejszych dziedzinach naszego życia. Czasami wręcz nie wyobrażamy sobie świata bez tych urządzeń, które bardzo ułatwiają nam różne prace, obliczenia, analizy, itp. Szachy nie są tu wyjątkiem. Programy szachowe są powszechnie wykorzystywane jako bazy rozegranych partii oraz ułatwiają przeprowadzanie analiz szachowych. Służą na przykład do oceny wariantów, gdyż dzięki wynikom ich pracy możemy szybko wyłapać jakiś wcześniej niezauważony gruby błąd.
Oczywiście Radosław Wojtaszek nie odkrył „Ameryki”, gdyż o tych problemach pisałem już dawno w różnych publikacjach. Szkoda, że arcymistrz nie wspomniał o możliwości wykorzystania komputera i Internetu w szkoleniu szachistów. Sam z takiej formy korzystał na przestrzeniu czterach lat! Przedstawiłem to obszernie na mojej stronie: Link
Także na blogu była o tym wielokrotnie mowa w kategorii Szachy w Polsce/Wirtualne szkolenie. Pisałem m.in.
„Trening szachowy na odległość za pomocą komputera i Internetu jest już rozpowszechniony na całym świecie.
Przypominam, że w 1999 roku zaproponowałem taką formę szkolenia w ramach Młodzieżowej Akademii Szachowej i pierwszy zapoczątkowałem trening poprzez Internet z Radosławem Wojtaszkiem.
Moja inicjatywa spotkała się z oporem ówczesnych szkoleniowców Polskiego Związku Szachowego, którzy nie byli mentalnie i technicznie przygotowani do takiej akcji. Oficjalnie szkolenie wirtualne w ramach MASZ zostało wprowadzone przez prezesa Tomasza Sielickiego dopiero w 2012 roku. Oczywiście nie wspomniano o mojej roli i doświadczeniach na tym polu. Jak na ironię wśród trenerów wirtualnych znalazły się osoby, które wcześniej krytowały moją inicjatywę”.
Dla przypomnienia: Link
cdn
Felietony znanego publicysty i szachisty z Sydney Marka Baterowicza cieszą się dużym zainteresowaniem i z reguły wywołują interesujące dyskusje na blogu. Publikuję kolejny tekst Pana Marka, który z pewnością będzie źródłem kolejnych polemik. Zapraszam do dyskusji!
///////////////////////////////
NA CZYM POWSTAJĄ IMPERIA ?
…z perspektywy dziejów łatwiej dać odpowiedź. Jak powstało imperium Egiptu opisał wybornie Prus w świetnej powieści „Faraon”. Imperium rzymskie powstawało w drodze podbojów, ale potem praktyki prawa, sprawnej administracji i hegemonii łaciny. Imperium Karola Wielkiego także dzięki sile oręża, prawom i wierze. Imperium hiszpańskie rodziło się z miecza, zaszczepiania nowej religii i wspólnego języka. Mniej natomiast z praktyki kodeksu! Imperium francuskie powstałe z potrzeby obrony kraju było efemerydą, a nie uratował go kodeks Napoleona. A jak powstawało imperium brytyjskie wiemy coraz lepiej…O hegemonii USA też sporo powiedzieć można…Imperium rosyjskie oparto na prochu armat, aneksji ziem i przemocy, bez poszanowania praw innych narodów, a nawet cerkwi, która stała się podporą carów, zwłaszcza od Piotra Wielkiego ( a potrafił osobiście przebijać rapierem unickich bazylianów w Połocku!). W ostatniej fazie imperialnej, tej już sowieckiej, nie szanowano nawet ikon. I oczywiście ludzi zamęczonych w łagrach, zagłodzonych na Ukrainie, zabijanych w lasach, katowanych na UB, mordowanych na ulicach Budapesztu… W starożytnym imperium Chin szanowano prawa, a także trzeźwość czyli inaczej mówiąc abstynencję. Była ona – zdaniem wielu w tamtej epoce – jednym z filarów potęgi państwa. Oto zachowany tekst z XII-tego wieku przed Chrystusem, podyktowany przez księcia Czu ( zapisał go wierny skryba), a zatytułowany „PRZECIWKO OPILSTWU” !!
Tako rzekł władca : spraw, by znano w Państwie Mei doniosłe zalecenia. Kiedy nasz wielki a dobrotliwy ojciec, władca Wen, położył podwaliny naszego cesarstwa na zachodzie, dniem i nocą ostrzegał swych dygnitarzy tymi słowy : „Wina używajcie tylko dla ofiar”. I jeśli Bóg zsyłał pomyślność ludowi, działo się tak, gdyż wina używano jedynie dla uroczystych obrządków. I tam, gdzie Bóg zesłał plagi, kraj zasię uległ zamętowi, a ludzie utracili poczucie cnót, działo się tak zawsze za sprawą skłonności do wina. Takoż kiedy w małych czy wielkich państwach zarówno podobne darzyły się klęski, oto nadużycie trunków zawsze stawało się źródłem ich upadku.
Na naszych oczach upadło olbrzymie imperium, które uważano za niezniszczalne! Ba, sami jego władcy sądzili, że trwać będzie wiecznie, a nawet drogą rewolucji podbije całą plametę (!) Aliści, imperium to oparto na fałszywej ideologii, podlanej wódką tak obficie, że potop był tu nieunikniony. Imperium rządzone przez rozpitych sekretarzy trwało i tak dość długo.Pito w nim zresztą na wszystkich szczeblach, pewnie dlatego przegniły, także od korupcji. A dzisiaj relikty tego imperium straszą jeszcze na antypodach, reklamy „Stolnicznej” nieraz straszą na ulicach Sydney! Nie wiem jednak czy cel osiągną, bo mamy wiele wódek lepszych od „Stolnicznej” – czy to bałkańska śliwowica, włoska grappa albo nasza „Żubrówka” czy „Jarzębiak”!
W samej Rosji natomiast kwitnie kult wódki. Oto otworzono w Moskwie …muzeum tego pospolitego trunku! Znajdują się w nim najstarsze flaszki po wódkach pędzonych w carskiej Rosji. I wiele innych „zabytków” z wódczanej branży. Tylko patrzyć, a powstanie na Placu Czerwonym świątynia dla „Stolnicznej”, w której będą odprawiać uroczyste gusła z pobrzękiwaniem szklanek napełnionych tą cieczą.
Tymczasem w Chinach – zgodnie z pradawną tradycją – unika się raczej alkoholu, choć szanowano tam wino i dziś wina francuskie wkraczają triumfalnie na chiński rynek. Ale pije się tam raczej herbatę, od tysięcy lat, a wyrafinowana kuchnia sprzyja zdrowiu kolejnych pokoleń. I pewnie dlatego Chińczycy wysuną się na czoło w wyścigu imperiów. Tym bardziej, że imperium Anglosasów zaczyna poważnie kuleć, złapane w potrzasku „wojny-nie wojny” w Iraku czy Afganistanie a ponadto szachowane ( narazie niezbyt groźnie ) przez inne państwa, aspirujące do potęgi nuklearnej.
Jak wiemy republika Lechistanu nie aspiruje do członkostwa w klubie atomowym, naszą potęgą jest przecież ( poza Kamilem Stochem, Justyną Kowalczyk i łyżwiarzami) „Żubrówka” czy sporo gatunków piwa, których rodakom wymieniać nie trzeba. I tym się obronimy, zalejemy wszelkich intruzów, co by chcieli wtargnąć w nasze odwieczne granice, albo w te nieco nowsze – ustalone poza naszymi plecami w jałtańskim traktacie trzech wujaszków. Tak zamazano ostatecznie kształt naszej Rzeczypospolitej wielu narodów, rozdartej niegdyś rozbiorami, które unicestwiły naszą federacyjną monarchię, opartą na zbyt liberalnych prawach, przyczynach naszego upadku. Nie było to imperium, a w łonie Rzeczypospolitej tolerowano nazbyt te czynniki, które osłabiały władzę królewską i państwo. Mądry Polak po liberum veto…I patrzymy teraz bezsilni jak w murach Lwowa albo Wilna, odebranych nam przez Stalina z błogosławieństwem Anglosasów panoszą się obce elementy. Niestety, mamy tyle szans odzyskania Lwowa, co Tatarzy – deportowani na Daleki Wschód – odebrania Krymu, gdzie z kolei ścierają się obecnie Ukraińcy i Rosjanie w kolejnej odsłonie pomarańczowej rewolucji. Czy przetrwa zagrożona rosyjskimi czołgami? Janukowicz – ze swej kryjówki w Rostowie nad Donem – wzywał Putina do interwencji i władca Kremla musi stanąć na wysokości zadania, bo przecież już w grudniu 2013 panienki z Pussy Riot zgłosiły kandydaturę uwolnionego Chodorkowskiego na urząd prezydenta Rosji. W dodatku w Kijowie sen spędza mu widmo uwolnionej Julii Timoszenko. Przegrać w starciu z kobietami ? Nie jest to chyba marzeniem byłego pułkownika służb specjalnych. W dodatku od wieków Ukraina dla Rosjan była tylko Małorosją! Ale różne mogą być wyroki dziejów i dopiero wtedy zobaczymy na czym jeszcze powstają imperia, albo dlaczego ulegają erozji. Narazie Kreml ma ambitne plany – co mediom zdradził sam minister obrony Szojgu: otworzyć bazy wojskowe w Nikaragui, Wenezueli, znowu na Kubie, w Wietnamie, na Sejszelach a nawet na Singapurze! Czy jednak starczy na to funduszy w razie retorsji gospodarczych, zamrożenia wpółpracy i odwołania G-8 w Soczi po interwencji na Krymie ? A cóż dopiero po świeżej aneksji Krymu? O tamtej w r.1783 Zachód pewnie nie pamięta, a jeszcze w r.1709 Mazepa ostrzegał Stambuł, że jeśli Turcja nie odgrodzi się od Rosji niepodległą Ukrainą, to w przyszłości utraci Krym. Tej dalekowzrocznej rady nie wysłuchano, nawet dyplomacja szwedzka i wysłannicy Leszczyńskiego nie skłonili Turcji do wspólnej wojny przeciwko Rosji. Podobno pomysł tej koalicji utrąciła łapówka przesłana sułtanowi przez cara! Czy dzisiaj też o dziejach świata zdecyduje bakszysz wręczony właściwej instancji ?
Marek Baterowicz
W dniach 1-8 marca odbył się w znanej francuskiej miejscowości Cappelle la Grande otwarty turniej z udziałem 12 zawodników z Polski.
Zwycięzcą został Axel Bachmann z 7.5 pkt. Najlepszy z Polaków Kacper Piorun został sklasyfikowany na 10 pozycji z 6.5 pkt. Rezultaty pozostałych naszych reprezentantów podane są na stronie turnieju.
Po opublikowaniu odcinka 32 otrzymałem kilka zapytań w kwestiach w nim przedstawionych. Jeden z Internautów powątpiewa, aby organizatorzy renomowanej imprezy zmienili regulamin po zakończeniu turnieju.
Niestety tak się stało i dowodem tego jest notatka prasowa, która została zamieszczona w „Żołnierzu Polski Ludowej (pismo Pomorskiego Okręgu Wojskowego) i jej kopia w odcinku 32.
W dniach 4-19 sierpnia 1968 roku odbył się w Augustowie festiwal międzynarodowy z udziałem m.in. zawodników z Lublina, w tym dwóch moich zaprzyjaźnionych kolegów. Jeden z nich był świadkiem pewnego wydarzenia zaraz po zakończeniu turnieju. Jego relacja: Do dyrektora turnieju Zbigniewa Nestorowicza podszedł „wpływowy po linii partyjnej” zawodnik, który zdecydowanie zaprotestował przeciwko twojemu ewentualnemu udziałowi w przyszłym roku w turnieju A. „Prezesie, chcecie obniżyć rangę turnieju dopuszczając do niego kandydata”? Zbigniew Nestorowicz zaczął się tłumaczyć regulaminem i wcześniejszymi ustaleniami. „To trzeba postawić warunek. Konikowski zagra wtedy, gdy będzie miał tytuł mistrza”.
Następnie kolega opowiedział mi historię Zbigniewa Nestorowicza. Jako partyzant Narodowych Sił Zbrojnych został skazany przez władze komunistyczne na karę śmierci, którą zamieniono na dożywocie. Dopiero w wyniku ogólnej amnestii uzyskał wolność. „Jurek, Nestorowicz pójdzie na ustępstwa, ponieważ jest ciągle przestraszony swoją przeszłością. Nie masz wyboru, rób normy”.
To mnie rzeczywiście zmobilizowało i wynikiem 7.5 z 10 partii w turnieju indywidualnym wywalczyłem upragnioną normę, natomiast drugą zdobyłem niebawem w turnieju o puchar Bieszczadów (Iwonicz Zdrój, 6-15.09.1968).
W październiku byłem kilka dni w Lublinie na pewnej imprezie wojskowej. Odwiedziłem centrum szachowe na Krakowskim Przedmieściu i obecny tam Zbigniew Nestorowicz oficjalnie poinformował o warunku mojego uczestnictwa w turnieju A w przyszłym roku. „Prezesie, mam już dwie normy” – odpowiedziałem. Ale jeszcze wtedy nie znałem regulaminu nadawania tytułu mistrza krajowego przez Polski Związek Szachowy.
Jedno jest pewne, że decyzja organizatorów turnieju im. PKWN w Lublinie w 1968 roku była chyba ewenementem na skalę światową i jedyną tego rodzaju. Nikt bowiem nigdy nie zmieniał regulaminu po zakończeniu turnieju. Ja takiego przypadku nie znam!
Na początku lat 80-tych minionego stulecia rozgrywano w Dortmundzie, oprócz głównego turnieju, także grupę B. Zwycięzca miał prawo gry w następnym roku w turnieju arcymistrzowskim. W 1985 roku „eliminacje” wygrał niespodziewanie słaby zawodnik. Nikt nie zakwestionował jego udziału w przyszłorocznym turnieju A, w którym był zdecydowanie ostatni. Zdobył tylko pół punktu, przedostatni miał 3.
Dla ciekawości. Grałem kilkakrotnie w turniejach B. W 1981 roku byłem drugi, rok później zająłem trzecią lokatą, natomiast w 1984 drugą. Dyrektor turnieju i zarazem prezes mojego klubu „Hansa” Klaus Neumann dwukrotnie proponował mi grę w głównym turnieju. Mój ranking międzynarodowy wynosił wtedy 2400. Za każdym razem odmawiałem, ponieważ nie byłem pewny otrzymania urlopu w tym czasie, a udział w turnieju trzeba byłu potwierdzić na pół roku przed jego rozpoczęciem.
Gość poruszył ważny problem nadawania kategorii szachowych przez Polski Związek Szachowy. Ogólna ocena tej decyzji jest następująca: łatwość ich zdobywania jest spowodowana chęcią zarobienia dużej kasy przez PZSzach. Spowoduje to jednak osłabienie poziomu gry naszych szachistek i szachistów: Link.
Gram w szachy od 1961 roku i przez te lata byłem świadkiem wielu „dziwacznych pomysłów” działaczy Polskiego Związku Szachowego.
W dniach 7-20 lipca 1968 roku wziąłem udział w IV Międzynarodowym Festiwalu Szachowym im. PKWN w Lublinie. Impreza ta po Memoriale Rubinsteina w Polanicy Zdroju była pod względem rangi drugim turniejem w Polsce.
Odbyły się dwa turnieje międzynarodowe: grupa A, w której grało 12 zawodników (wygrał Węgier Kovacs) oraz grupa B z udziałem 18 uczestników.
W trakcie uroczystego rozpoczęcia festiwalu jego dyrektor i zarazem członek zarządu Polskiego Związku Szachowego Zbigniew Nestorowicz ogłosił, że zwycięzca turnieju B wywalczy sobie prawo do startu w przyszłym roku w głównym turnieju.
Tak więc było o co walczyć. Po słabym starcie (2.5 z 5 partii) rozegrałem znakomicie dalszą fazę turnieju i ostatecznie zdobyłem 7.5 pkt z 11 partii. Podzieliłem 1-2 miejsce z Kazimierzem Steczkowskim (Hutnik Nowa Huta), ale miałem lepszą wartościowość. Zadecydował o tym nasz pojedynek w ostatniej rundzie. Partia miała dramatyczny przebieg. Białym kolorem nie uzyskałem żadnej przewagi debiutowej i w pewnym momencie „zaostrzyłem grę” wędrówką królem na środek szachownicy. Mój partner zaczął szukać mata i wpadł w duży niedoczas. Mat był, ale Steczkowski go nie dał. Ofiarował wprawdzie poprawnie figurę i kilka pionków, ale nie znalazł zakończenia. Ostatecznie udało mi się schować króla w bezpieczne miejsce na jego skrzydle hetmańskim i przewaga materialna zadecydowała o wyniku partii.
Na zakończeniu turnieju sędzia główny Tadeusz Pieprzowski w trakcie ogłaszania końcowych wyników potwierdził, że wywalczyłem sobie miejsce w przyszłym roku w turnieju A.
Wydawałoby się, że sprawa jest jasna. Okazało się, że nie! Działacze Lubelskiego Związku Szachowego i zarazem organizatorzy festiwalu im. PKWN po jakimś czasie postawili warunek. Mam zdobyć tytuł mistrza krajowego! Bez niego nie będę mógł zagrać w turnieju A. Jak się później dowiedziałem od kolegów z Lublina, decyzja została zmieniona wskutek „akcji” pewnego zawodnika-działacza i członka partii (nazwisko jest mi oczywiście znane), który to zaproponował po turnieju i przekonał wszystkich, że muszę spełnić ten warunek.
W tym momencie byłem tylko kandydatem na mistrza. Po maturze w 1967 roku postanowiłem 2-3 lata poświęcić się szachom. W tym celu podjąłem służbę wojskową. Jako wychowankowi klubu wojskowego OKO Caissa Bydgoszcz umieszczono mnie w klubie oficerskim Pomorskiego Okręgu Wojskowego i zagwarantowano możliwość startów w turniejach. Sukces w Lublinie dawał mi duże nadzieje. Tymczasem na przeszkodzie stanęli działacze.
W kolejnych turniejach: międzynarodowy festiwal w Augustowie (4-19.08.1968) oraz w pucharze Bieszczadów (6-15.09.1968) zdobyłem dwie normy na mistrza krajowego. Wnioski zostały złożone w regulaminowym czasie w komisji sportowej PZSzach w Łodzi. Tytułu mi jednak nie dano. Okazało się, że wymyślono przepis utrudniający zdobywanie tego tytułu. Jedną normę trzeba było wywalczyć w jakimś turnieju z cyklu mistrzostw Polski, np. I-liga lub indywidualne mistrzostwa kraju. Nie grałem w drużynie I-ligowej i nie powiodło mi się w pófinałach MP w Białymstoku (2-15.12.1968). Mimo zdobycia dwóch norm w silnych turniejach tytułu nie nadano i pozbawiono mnie możliwości walki w renomowanym turnieju międzynarodowym.
W następnych latach kandydaci lubelscy, np. Murat i Lipski grali w turniejach A. Kazimierz Steczkowski (miał wtedy I kategorię), który ze mną walczył o miejsce w turnieju A, oznajmił mi później. „Ja bym to tak lekko nie zostawił Lubliniakom. Sprawę skierowałbym do sądu za zmianę regulaminu po turnieju i za skandaliczne wprowadzenie zawodników w błąd”.
Na początku 1969 roku zadzwoniłem do Stefana Fursa, przewodniczącego komisji sportowej PZSzach, aby upewnić się o regulaminie nadawania tytułu mistrza. Potwierdził, że to prawda. Opisałem mu moją sytuację i zadałem pytanie: czy zdaje pan sobie sprawę z tego, że ten przepis jest szkodliwy i hamuje tylko rozwój sportowy młodym zawodnikom w kraju? Trudno – odpowiedzał – nie będziemy dla pana zmieniać regulaminu.
Ile lat ten durny przepis szkodził polskim szachom nie wiem. W 1974 roku za wynik na drugiej szachownicy w I-lidze nadano mi tytuł mistrza.
A obecnie FIDE i Polski Związek Szachowy handlują tytułami. Produkuje się marnych arcymistrzów, mistrzów międzynarodowych i mistrzów krajowych. I to wszystko dla kasy.